wtorek, 30 sierpnia 2016

[74] Polombians, souvlaki i wielka woda - wolontariat w Megalopolis


Megalopolis – niewielka, bo zaledwie kilkutysięczna miejscowość, położona w centrum Peloponezu, w sercu malowniczej Arkadii. Zagubiona w dolinie, z każdej strony otoczona górami. Miejsce, w którym każdy każdego zna, a okrążenie miasta piechotą zajmuje nie więcej niż półtorej godziny.
Gdzieś w pobliżu centrum znajduje się ogromny dom, nazywany pieszczotliwie przez właściciela willą. Parter jest niski, ma coś sutereny – jest chłodno i raczej ciemno. Osiem pokoi, duża kuchnia, dwie łazienki. Całość do dyspozycji couchsurferów i workawayersów. Piętro zamieszkałe przez rodzinę właściciela.
Docieramy tam w środku nocy, której przychodzi nam spać we trójkę na dwuosobowym łóżku. W poprzek. Budzę się o świcie, bo nogi, które przez całą noc zwisały nad ziemią, proszą o litość i rozprostowanie. Korzystając z chwili spokoju, idę na zwiady. Wychodząc z willi tylnymi drzwiami, zamieram w zachwycie.
Wszędzie zieleń. Pod drzewami, tuż przy drzwiach, stoi ogromny stół z chyba tuzinem krzeseł; każde z kompletnie innej parafii. Prostopadle do stołu biegnie alejka obrośnięta u góry winoroślą. Ogród jest ogromny i dziki, zdecydowanie dawno nie koszony. Pierwsza rzecz, którą robię, to powieszenie przy stole hamaka.


Już tego wieczoru okaże się, że stół jest najważniejszym miejscem w domu. Tam jemy wspólnie wszystkie posiłki przez kolejne dwa tygodnie, tam gramy w gry, plotkujemy, dyskutujemy o życiu, uczymy się nawzajem swoich języków, śpiewamy. Tam spędzamy praktycznie cały czas wolny. Całe szczęście, że krzeseł jest dużo, chociaż często ich brakuje – mam wrażenie, że z każdym dniem jest nas, wolontariuszy, coraz więcej.
Na początku jakieś dziesięć osób. Ktoś wyjeżdża, ktoś przyjeżdża. Robi się trzynaście. Z Alexem i Dimitrą – piętnaście. Do tego Kanelo – nasz pies oraz jego najlepsza przyjaciółka Lisa – psica sąsiadów - którzy non stop plączą się pod nogami i domagają pieszczot. W krzaku, z którego jest świetny widok na stół, pomieszkuje kot-przybłęda. Młody, rudy, niesamowicie chudy i płochliwy. Szybko diagnozujemy złamaną kiedyś tylną łapkę, która musiała krzywo się zrosnąć – jest nienaturalnie wygięta, przez co kot kuleje. Boi się ludzi, ale jednocześnie wie o jakiej porze spodziewać się obiadu. Dokarmiamy go codziennie, z czasem przestaje na nas warczeć i nie ucieka. Okazuje się kotką; nazywamy ją Penelope.
Lisa 


Kanelo

Pracy jest dużo. Alex nie do końca wie, czego chce. Owszem, ma wizję, jednak jest ona nieco oderwana od rzeczywistości. Ostatecznie dzielimy się na drużyny – część pracuje w hotelu przy remoncie pokoi oraz na recepcji, część w domu. A jest tam co robić. Trzeba doprowadzić do porządku ogród oraz graciarnię i kuchnię w naszej suterenie, odnowić łazienkę, pomalować meble ogrodowe… Nikt się nie nudzi, nie ma na to czasu.
Polombian team podczas remontu pokoju

Szybko przyjmujemy system zmian w kuchni. Jedna lub dwie osoby robią obiad dla wszystkich, ktoś inny po nich zmywa. Kolejni ochotnicy przygotowują kolację dla całej ekipy, pozostali myją naczynia. Zawsze bez słowa; nikt nie musi o to nikogo prosić, ot, naturalna kolej rzeczy. A posiłki są codziennie inne, kolorowe i międzynarodowe. Pyszne!

W wolnym czasie zdarza nam się włóczyć. W pobliżu znajduje się najstarszy antyczny teatr w Grecji – niestety mocno nas rozczarowuje, bo… jest w remoncie. Kupa kamieni zasłonięta rusztowaniami. Na szczęście w pobliżu udaje nam się skręcić w las i zgubić, dzięki czemu trafiamy nad rzekę z malowniczymi widokami.


spektakl (po grecku) w plenerze, wystawiany
w miejscu antycznego teatru 



Megalopolis jest urocze. Lubię obserwować życie przy głównym placu; ludzi przysiadających na kawę w mikroskopijnych kawiarenkach, dzieci jeżdżące jak szalone na rowerze, kolorowe stragany z owocami. Brak pośpiechu, za to dużo czasu na rozmowę.

Mamy dwa samochody, więc czasami udaje nam się zapakować do nich w pełnym składzie i odwiedzić jakieś ładne miejsce. Takie jak wodospady. Jest ich w Arkadii mnóstwo! Tamtejsze drogi przypominają mi te bieszczadzkie – wąskie, strome i kręte. Czuję się trochę jak w domu.
Do wodospadów trzeba się nieco powspinać. Krótki szlak z dużymi kamieniami – wygodnymi do wchodzenia. A na miejscu błękitna, czysta i zimna woda. Zbawienie w tym trzydziestosiedmiostopniowym upale.







zachód słońca nad Arkadią - widowisko warte milionów!

Po dniu chodzenia po skałach nikomu nie chce się gotować. Jedziemy do zaprzyjaźnionej knajpy po souvlaki. Ilość hurtowa, jest w końcu piętnaście wygłodniałych gąb do wykarmienia. Właściciel śmieje się z nas, gdy po raz kolejny przy składaniu zamówienia mówimy, że to na rachunek Alexa.
a po powrocie do domu... niespodzianka!

W ostatni weekend pobytu w Megalopolis postanawiamy wybrać się pięcioosobową grupą na camping. Trzy Polki i kolumbijski duet – drużyna zwana Polombians. Do tej pory wszystkie prace wykonujemy razem – gotujemy, malujemy pokoje, naprawiamy meble. Wszystko przy akompaniamencie południowoamerykańskiej muzyki. Jesteśmy zgrani, każda robota idzie nam dwa razy szybciej niż pozostałym. Do tego świetnie się dogadujemy.

Alex zawozi nas do Kalamaty. Nie taki był pierwotny plan, jednak szybko przekonujemy się, że nie pożałujemy tej decyzji. Plaża nie jest ani duża, ani tłoczna, jednak decydujemy się przejść na jej drugi koniec i znaleźć całkowicie ustronne miejsce na rozbicie obozu. Marzy nam się wieczorne ognisko z widokiem na morze. Znajdujemy klif. Rozwieszamy hamak, rozbijamy namiot, otwieramy Ouzo i kupioną dzień wcześniej paczkę kart Uno. Wieczór zapowiada się idealnie; nawet mimo faktu, że parę minut po zapuszczeniu korzeni na klifie okazuje się, że rozbiliśmy się na plaży nudystów – stąd niewielki ruch. Gdy się ściemnia, z pobliskiego baru zamawiamy pizzę. A możecie mi wierzyć, że nie ma na świecie nic lepszego niż pizza zjedzona z przyjaciółmi pod gołym, pełnym gwiazd niebem, nad brzegiem morza w upalny, letni i beztroski wieczór. Do tego popijana Ouzo.
plaża w Kalamacie 







Gdy kilka kolejek w Uno i kilka drinków później ognisko dogasa, bierzemy koc i szukamy najciemniejszego zakątka plaży. Kładziemy się i w ciszy oglądamy spadające gwiazdy. Spać – Nathalia z Ivanem do namiotu, dziewczyny na plaży, a ja w hamaku – idziemy z planem wstania na wschód słońca, jednak ranek jest siny od mgły. Nic nie widać. Wstajemy o dziewiątej.

Droga powrotna autostopem do Megalopolis nie jest najprostsza. Dzielimy się na trzy drużyny: Ivan jedzie sam, Iga z Justyną, a ja z Nathalią. Chociaż spędzamy na autostradzie kilka godzin, nie ma tego złego. Poznajemy bardzo sympatycznych ludzi i... zaprzyjaźniamy się z panem pracującym w punkcie poboru opłat. Do tego stopnia, że zostawia nam swój numer telefonu – tak na wszelki wypadek, gdybyśmy gdzieś utknęły.

Ostatnie dwa dni są smutne. Na zmianę lepimy pierogi na ostatnią wspólną kolację, snujemy się po domu, szukamy dodatkowej pracy, żeby nie myśleć o tym, że lada moment wyjeżdżamy. Wtedy jeszcze nie wiemy, że wszelkie próby heroizmu nic nam nie dadzą – i tak ostatniego ranka będziemy płakać jak bobry, choć obiecałyśmy przecież, że wrócimy do Megalopolis wiosną – na ślub siostry Alexa.

Dimi powie tylko: Hej, nie płaczmy już! Nie żegnamy się przecież – po prostu do zobaczenia później, jak zawsze!
międzynarodowe dzieło alkoholowe  
Selfie z Rihanną! 




Wspominałam już, że NIENAWIDZĘ się pakować? 


środa, 24 sierpnia 2016

[73] Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o Workaway, ale nikt Wam nigdy nie wytłumaczył


Nie pamiętam kiedy i od kogo usłyszałam po raz pierwszy hasło Workaway, jakkolwiek zdarza mi się nie pamiętać również co zjadłam na obiad poprzedniego dnia, w związku z czym jestem pewna, że ktoś kiedyś mi o tym powiedział. Wtedy wymyśliłam sobie Portugalię – znajdę niewielką miejscowość, koniecznie blisko wybrzeża, i zaszyję się tam na miesiąc, może dłużej. Życie szybko zweryfikowało moje (notabene, wcale nie takie niemożliwe, a nawet powiedziałabym, że całkiem proste!) plany: wakacyjny grafik coraz szybciej się zagęszczał, a bilety lotnicze wcale nie chciały tanieć. Alternatywą stała się Grecja. Na krócej, bo tylko 2,5 tygodnia. Właściwie cały ten wyjazd był jedną wielką kwestią przypadku. Pewnego dnia rano zobaczyłam w miarę tanie loty do Aten, zadzwoniłam i powiedziałam: przełom lipca i sierpnia, Grecja, lecisz ze mną?

Kiedy zdecydowałyśmy się – w ekipie powiększonej już do trzech osób – na wspomniany Workaway, wiedziałam o nim tyle, że to wolontariat, no i że jedzenie powinno być za darmo. Bardzo nie lubię zabierać się w ciemno za rzeczy, o których nie mam zielonego pojęcia: zwykle tracę najpierw ogrom czasu na szukanie informacji, czytanie zbyt wielu niewnoszących nic na ten temat artykułów, zastanawianie się nad szczegółami. Koniec końców, do wszystkiego podchodzę z maksymalnym dystansem i przekonuję się w stu procentach dopiero, gdy moje działania przyniosą pozytywny efekt.
A wtedy myślę, że gdybym wszystkie informacje, o które jestem bogatsza po fakcie, znalazła zebrane w jednym miejscu zanim niemal stanęłam na głowie, by ostatecznie nauczyć się wszystkiego na własnych błędach… Byłoby łatwiej. Zaoszczędziłabym mnóstwo czasu, energii i nerwów. Dlatego je właśnie teraz zbieram – jest to wszystko, czego nauczyłam się o Workaway (choć pewnie nie wszystko, co można o nim wiedzieć). Począwszy od rzeczy najprostszych w stylu o co tu w ogóle chodzi, poprzez trudne walki z filtrami w systemie aż po konkluzję dotyczącą samej pracy.



Co to w ogóle ten Workaway?

Workaway to wolontariat. Działa na każdym kontynencie, a na stronie zarejestrowane są osoby z całego świata.
Główna idea to praca za nocleg i wyżywienie. Najczęstszą kombinacją jest praca pięć razy w tygodniu, po pięć godzin dziennie. W praktyce nie zawsze jest aż tak klarownie: zdarzało nam się jednego dnia pracować trzy godziny, za to następnego było tyle do zrobienia, że harowaliśmy godzin siedem. Czas wolny jest wolny w pełnym tego słowa znaczeniu – można równie dobrze przeznaczyć go na podróże, jak i na czilowanie z książką.
Co ważne, Workaway jest niezależny. Nie stoi za tym żadna agencja, nikt nie organizuje lotów, nie podpisuje się żadnych umów. Pod tym względem działa tak, jak Couchsurfing – wszystko załatwia się samemu. Strona internetowa ma tylko ułatwić kontakt między osobami zainteresowanymi.
O ile hostów można wyszukać nie mając konta na portalu, tak żeby skontaktować się z nimi, potrzebna jest rejestracja.



Czy Workaway jest płatny?

Tak. Choć nie powiedziałabym, że to źle. Rejestrując się na stronie, dostajemy wgląd do prywatnych informacji zawartych w profilach użytkowników – ich adres mailowy, a niejednokrotnie też numer telefonu czy miejsce zamieszkania. Konieczność zapłaty za rejestrację zmniejsza poniekąd ryzyko zostania oszukanym.
Konto na Workaway jest ważne przez rok. Po tym czasie można je odnowić – z tego co mi się wydaje, trzeba jeszcze raz uiścić opłatę, ale nie dam sobie ręki uciąć, że jest ona taka sama jak przy rejestracji.
Pojedyncze konto kosztuje 23 €, nie jest to jednak jedyna możliwość.
Warto jednak pamiętać, że to wciąż wolontariat. Nie dostaniesz wypłaty za swoją pracę. Jej formą jest darmowy nocleg oraz wyżywienie.



Co jeśli chcę szukać hosta w dwie osoby (lub więcej)?

Twórcy portalu przemyśleli taką opcję i w tym celu stworzyli możliwość założenia dwuosobowego konta. W przeliczeniu na osobę wychodzi taniej – za profil dla pary płaci się 30 €, co daje 15 €  za osobę. Zdecydowanie się opłaca! Co jednak, gdy chcemy znaleźć hosta w większej grupie?
No właśnie. Ta kwestia przysporzyła nam najwięcej problemu.
Początkowo założyłyśmy jedno dwuosobowe konto i  planowałyśmy mimo to pisać w wiadomościach o nas trzech – uczciwie przedstawiając się wszystkie. Niestety, po wysłaniu pierwszego requesta otrzymałyśmy coś takiego:

W porządku. Miałyśmy przecież dobre intencje – nie planowałyśmy nikogo oszukać ani wykręcić się z obowiązkowych płatności. Po prostu nie wiedziałyśmy.
Podejście drugie. Justyna założyła jednoosobowe konto, a w wiadomościach dołączałyśmy do niego link. Ten sam problem – ponownie otrzymałyśmy wiadomość zwrotną, po czym… zablokowano nam konto. Napisałyśmy więc wiadomość do odpowiedniej osoby, pytając o co chodzi: przecież nikogo nie ukrywamy, podajemy jak na tacy wszystkie informacje i odnośniki. Okazało się, że w przypadku aplikowania jako wolontariusze w większej grupie, dowolną ilość kont na Workaway można ze sobą połączyć. Nie miałyśmy o tym wcześniej zielonego pojęcia, podobnie jak nie znalazłyśmy na ten temat informacji. Suma summarum, przy koncie Justyny wystarczyło kliknąć połącz z naszym kontem.



Jaki jest minimalny okres czasu, na który muszę wyjechać?

Ja na przykład bałam się, że miesiąc – wydawałoby się, że to najbardziej sensowny okres czasu jeśli chodzi o pracę. Guzik prawda! Najfajniejsze w Workaway jest to, że nie istnieje coś takiego jak minimalny czas wolontariatu. Jasne, są ludzie, którzy poświęcają pół roku życia na bujanie się od hosta do hosta, wobec czego mogą pozwolić sobie na zatrzymanie się gdzieś na dłużej. Ale równie często zdarzają się osoby, dla których Workaway jest przerwą na podreperowanie budżetu w podróży i wolą popracować przez tydzień czy dwa. Czas jest tylko i wyłącznie kwestią umowną, warto jednak dokładnie czytać profile potencjalnych hostów: zdarza się, że niektórzy szukają osób do pracy na konkretny okres. Jednocześnie nie należy się zbyt szybko zniechęcać! Co z tego, że twój idealny, wymarzony pracodawca szuka wolontariuszy na minimum miesiąc. Na portalu zarejestrowanych jest tyle osób, że naprawdę jest w czym wybierać.



A co jeśli zmienię plany? Czy mogę zrezygnować z wolontariatu?

Jeśli jeszcze przed rozpoczęciem wolontariatu zmienisz zdanie – raczej nie ma problemu. Nie wiąże cię w końcu żadna oficjalna umowa, więc nikt nie może zmusić cię do wyjazdu i pracy jeśli tego nie chcesz.
W innym przypadku wszystko tak naprawdę zależy od tego, na jakich hostów trafisz. Przykładowo: podczas naszego wolontariatu, na którym było nas jednocześnie kilkunastu wolontariuszy, wszelkie zmiany były chlebem powszednim. Niektórzy, przyjeżdżając do hostów, nie wiedzieli na ile czasu chcą zostać. Jeden chłopak miał wyjechać w pewną niedzielę, jednak dzień wcześniej zbyt mocno poimprezował, wstał skacowany i uznał, że zostanie jeszcze przez tydzień. Nikt nie robił z tym problemu.
Trzeba jednak pamiętać, żeby uprzedzać i rozmawiać z hostami o takich rzeczach. My trafiłyśmy po prostu na złotych ludzi, którzy z niczym nie mieli problemu, jednak pewnie istnieją też tacy, którzy lubią planować.



Jak wybrać odpowiedniego hosta?

Workaway, podobnie jak Couchsurfing, posiada coś takiego jak referencje. Niezmiennie będę iść w zaparte z tezą, że na ich podstawie można niemal maksymalnie zminimalizować prawdopodobieństwo, że zostaniemy oszukani.
Zasadniczą zaletą osób zarejestrowanych na CS czy Workaway jest to, że zwykle nie boją się one pisać wprost, że z hostem było coś nie tak. Nie wychodzą z założenia, że nie dam negatywnej referencji, bo wtedy on się wkurzy i też da mi negatywną. W końcu nikt nie chciałby trafić pod dach człowieka, który był niesympatyczny/agresywny/natarczywy. Dlatego właśnie wierzę referencjom. Do tej pory nigdy się na nich nie sparzyłam.
Przy wyszukiwaniu hosta, warto zaznaczyć filtr With feedback. Wtedy wyświetli się lista osób z referencjami. Jednak z drugiej strony, nie zawsze trzeba dać się zwariować. My na przykład pojechałyśmy na wolontariat do gościa, który nie miał absolutnie żadnych referencji; przy profilu pokazał się za to napis New host. Z jednej strony – nieco ryzykownie. Jednak z drugiej… same istniałyśmy wtedy na stronie zaledwie od kilku godzin. Też nie miałyśmy żadnych referencji, a przecież nie chciałyśmy, żeby przez to potencjalny host na wstępie nas zdyskwalifikował. Postawiłyśmy na intuicję i – na szczęście – nie zawiodłyśmy się.



Jaki typ pracy zwykle się wykonuje?

Myślę, że najlepszą odpowiedzią jest – różny. Przy opcjach wyszukiwania hosta można również zaznaczyć, jaki typ pracy nas interesuje. Wybór wygląda mniej więcej tak:

Jak widać, nie jest wcale mały. Z moich obserwacji wynika, że najczęściej poszukiwani są wolontariusze do pracy w barach lub hostelach. Jakkolwiek, przy odrobinie wysiłku naprawdę da się znaleźć zajęcie w każdej interesującej nas dziedzinie; wystarczy przysiąść i porządnie poszukać.



Jak napisać idealną wiadomość do hosta?

Sprawa niby prosta, a jednak skomplikowana – dokładnie tak, jak w przypadku CS, o którym już kiedyś napisałam długi wywód.
Idealny request powinien być miły. Ma przedstawić cię w dobrym świetle – jako kulturalną, otwartą na nowe osobę, o której host, jedynie na podstawie opisu, pomyśli: chcę poznać tego człowieka. Ludzie zwykle zyskują na atrakcyjności w oczach innych, gdy mają pasje: nie bój się napisać, że od piątego roku życia kolekcjonujesz motyle albo że twoim hobby jest kuchnia tajska. Takie informacje intrygują.
Napisz co możesz dać od siebie. Może posiadasz rzadką umiejętność, której możesz nauczyć innych?
Zazwyczaj osoby doceniają fakt, że dokładnie przeczytałeś ich profil. Znajdź w nim informację, do której możesz nawiązać i zrób to. Nie zapomnij też wspomnieć, dlaczego zdecydowałeś się napisać wiadomość akurat do tej osoby.



Inne ważne rzeczy, o których należy pamiętać

  • O ile Workaway to świetna okazja, by poznać nowych ludzi, główną ideą jest praca. 
Jeżeli jesteś typem osoby, która szuka wymówek i kombinuje jak się nie narobić, a zyskać, proponuję przemyśleć, czy wolontariat na pewno jest dla ciebie dobrą opcją. Nie chcę być w tym momencie złośliwa, ale… żaden host nie szuka leni. Jasne, że nie można dać się sfrajerować i traktować jako tania siła robocza. Jednak z drugiej strony, początkowe warunki nie są ustalane tylko dla picu.

  • Bądź elastyczny! 
To fajnie, że zaznaczyłeś, że interesuje cię tylko opieka nad dziećmi. Nie znaczy to jednak, że musisz robić aferę w momencie, gdy host zapyta, czy możesz poodkurzać pokój.
Wyjeżdżając do Megalopolis wiedziałyśmy tyle, że nasz host ma hotel w centrum miasta oraz duży dom, przy którym potrzebuje pomocy. Ot, głównie prace ogrodowe: koszenie, przycinanie drzew itp. W praktyce okazało się, że – jak wcześniej wspomniałam - było nas około dwanaścioro wolontariuszy, więc fizycznie niemożliwym było robienie tego samego jednocześnie. Jednego dnia zdarzało nam się szorować na kolanach kuchnię, drugiego odgruzowywać garaż, a trzeciego biegać z papierem ściernym i szpachlą po hotelu, bo okazało się, że kilka pokoi wymaga remontu.


  • Decydując się na wolontariat za granicą, weź pod uwagę… różnice kulturowe.
Dobra, może w moim przypadku brzmi to trochę jak słaby żart; przecież nie byłam nie wiadomo gdzie, a w Grecji, której kultura nie różni się aż tak od naszej. Też tak myślałam przed wyjazdem.
Zasadniczą różnicą jest mentalność. Ludzie zamieszkujący południową Europę zawsze mają na wszystko czas. W momencie, gdy nasi hości trafili na trzy Polki, które o godzinie dziewiątej rano były zwarte i gotowe do pracy, zupełnie nie wiedzieli jak się zachować. O tej porze należało dopiero pomyśleć o zaparzeniu kawy, zjeść śniadanie, później spędzić dwie godziny na plotkowaniu i ewentualnym omawianiu planu na resztę dnia. Nie rozumieli dlaczego tak nam się spieszy do pracy, z kolei nam ciężko było przyzwyczaić się do powolnego trybu życia – wolałyśmy wstać wcześnie, przed upałem, popracować i przez resztę dnia mieć wolny czas.

  • Decydując się na Workaway musisz być pełnoletni/a.

  • Nie musisz mieć doświadczenia!
Hości zwykle nie wymagają od wolontariuszy wielkich kwalifikacji ani nie każą przedstawiać sobie CV. Prace przeważnie nie są na tyle skomplikowane czy specyficzne, żeby konieczne było doświadczenie.

  • Pamiętaj, że nie musisz zgadzać się na wszystko.
Podstawą jest komunikacja. Pewnego dnia w Megalopolis dostałyśmy za zadanie wyczyszczenie schowka na graty. Wtedy jeszcze byłyśmy na miejscu same, w trójkę. Schowek był niski (jakieś 130 cm), ciasny, ciemny i dosłownie zawalony wszystkim: kosiarkami, starymi dywanami, karniszami, ogromem dużych i ciężkich narzędzi, a i stare taczki się tam znalazły. Mimo szczerych chęci nie byłyśmy w stanie opróżnić tego miejsca – ja odmówiłam współpracy ze względu na klaustrofobiczne odruchy i jedyne, czym byłam w stanie się zająć, to wciąganie pająków do odkurzacza, bez wchodzenia do schowka. Dziewczyny natomiast miały problem z wyjęciem gratów na zewnątrz; rzeczy były zbyt ciężkie, by dała im radę jedna osoba, a jednocześnie w środku było zbyt mało miejsca, by zmieściło się więcej ludzi. Zgłosiłyśmy to hostom, oni nie szli w zaparte i zostawili tę robotę chłopakom, którzy mieli przyjechać następnego dnia, a my dostałyśmy lżejsze zajęcie.

  • Warto!
Naprawdę, uczciwie i z ręką na sercu. Raz, że Workaway to fantastyczna opcja na spędzenie urlopu przy – nie oszukujmy się – niewielkim budżecie. Dwa, że to piękna możliwość, by poznać ludzi dosłownie zewsząd, a przy okazji na własnej skórze sprawdzić jak wygląda codzienność w dowolnym miejscu na świecie.