sobota, 20 stycznia 2018

[107] 31 rzeczy, których nauczył mnie autostop!

Myłam sobie ostatnio zęby myśląc o bardziej i mniej istotnych sprawach, kiedy zorientowałam się, że przez tyle lat stopowania i pisania – czy to do szuflady, czy do szerszej publiki – nigdy nie pojawił się tutaj tekst podsumowujący wszystko to, czego nauczył mnie autostop. A przecież nauczył bardzo wiele!


Cierpliwości
Zawsze miałam (i w sumie wciąż czasem mam) z nią problem. Ale od kiedy zaczęłam jeździć stopem, jest on o wiele, wiele mniejszy. Nauczyłam się wykorzystywać czas, w którym muszę na coś czekać. Nie skupiam się już tak bardzo na tym nudnym procesie samym w sobie – to świetna okazja na zjedzenie czegoś, przepakowanie plecaka czy porozwiązywanie sudoku (takie rzeczy też się przy drodze robiło). O ironio, wieloletnie doświadczenie potwierdza teorię, że zawsze, ale to zawsze, gdy podczas łapania stopa przynajmniej jedna osoba wyciągnie połowę rzeczy z plecaka i rozrzuci je wokół siebie w promieniu dwóch metrów, akurat wtedy zatrzyma się samochód, a kierowca będzie krzyczał tylko szybko, szybko!



Tekstów piosenek
W sumie to śpiewam sobie coś przez większość czasu, wszystko jedno co akurat robię. Kiedy łapię stopa, to już w ogóle bywa, że wyję wniebogłosy! A że nie lubię nie znać tekstu tego, co akurat siedzi mi w głowie… Przez autostop przyswoiłam naprawdę mnóstwo tekstów, i to niekiedy takich piosenek, o których w życiu bym nie pomyślała, że mogę je w ogóle lubić!


Szybkiej oceny sytuacji
Zwykle nie ma czasu, żeby stać i się zastanawiać: wsiadam czy nie wsiadam? Trzeba myśleć szybko i trzeźwo, a co za tym idzie…


Warto ufać intuicji
W 98% nie zawodzi; reszta to tylko wypadki przy pracy. Szczęśliwie, taki wypadek zdarzył mi się tylko raz w życiu i – równie szczęśliwie – udało nam się zakrzyczeć kierowcę na tyle, że się przestraszył i wysadził nas niemal natychmiast. Niemniej myślę, że oszczędziłam sobie kilku przykrych sytuacji podczas stopowania właśnie dlatego, że zaufałam intuicji. A z natury wcale nie jestem tak szalenie asertywna jak mogłoby się wydawać! Autostop nauczył mnie więc…


Mówić nie
Nikogo nie musi obchodzić czemu nagle nie, skoro dwie minuty temu chciałeś jechać w tę samą stronę. Jak kierowca drąży temat, to wciskam kit, że coś mi się przypomniało albo muszę jednak jechać w drugą stronę. Dawno temu w Holandii z koleżanką prawie wsiadłyśmy do jednego samochodu – zagadałyśmy do kierowcy na stacji benzynowej. Wydawał się w porządku, czekał na swojego kolegę, który poszedł do sklepu. Jednak po pięciu minutach rozmowy i powrocie owego kolegi panowie zaczęli coś kręcić, że muszą jeszcze coś tam, że może coś tam coś tam. Krótka piłka: Przypomniało nam się, że jednak nie jedziemy tam gdzie wy, sorry, dzięki i miłego dnia!


Ludzie są dobrzy
Z zasady raczej w to nie wątpię. Wariaci trafiają się wszędzie – w sklepie, na ulicy, w pracy, u weterynarza, w trasie. Jednak gdybym miała policzyć ilu ich spotkałam podczas wszystkich autostopowych wojaży, naprawdę wystarczyłoby mi do tego palców jednej ręki. Natomiast do policzenia dobrych ludzi potrzebowałabym o wieeeeeeeeeeeeele więcej rąk. Nie umiem nawet oszacować ile życzliwych osób spotkałam w drodze – co ciekawe, często ci ludzie sami nie mieli prawie nic, a za wszelką cenę próbowali pomóc.


Tirowcy są super
Na ten temat mogłabym napisać całkiem osobny tekst! Pamiętam, że na samym początku autostopowej przygody miałam dziwną awersję do ciężarówek – nie wiem nawet dlaczego. Pierwszy raz wsiadłam do kabiny wracając z Holandii: kierowcą był młody chłopak z Macedonii, Martin. Po pierwszej godzinie jazdy przez Niemcy okazało się, że z powodu jakiegoś święta narodowego ruch ciężarówek jest całkowicie wzbroniony do 22 – czyli mieliśmy jakieś trzy godziny przymusowego postoju na poboczu, bo w promieniu kilkudziesięciu kilometrów nie było stacji benzynowej. Po tych trzech godzinach okazało się, że Martin ma jakiś problem z tachografem; czegoś nie ogarnął, coś się naliczyło i w zasadzie to nie mogliśmy ruszyć do szóstej rano następnego dnia. Włączyliśmy więc jakiś serbski film, Martin wyciągnął piwo i spędziliśmy wieczór (a później noc w tirze) przy niemieckim rowie. Nazajutrz odwiózł nas na sporą stację benzynową, skąd mogłyśmy jechać dalej.


Kiedy będąc za granicą widzę na drodze ciężarówkę na polskich numerach, jakoś tak automatycznie robię się spokojniejsza. Z kierowcami ciężarówek nigdy, ale to nigdy nie jest nudno! Jedna z moich ulubionych tirowych przygód miała miejsce, kiedy z Zuzą wracałyśmy z Bałkanów. Pod Mariborem złapałyśmy lorę z Polakiem za kierownicą (uwaga numer jeden: jazda lorą w trzy osoby jest superniewygodna! Ta kabina miała chyba ze dwa metry kwadratowe). Dojechaliśmy do granicy z Węgrami, na dużą stację benzynową. Kierowca zostawił nas przy aucie, a sam poszedł kupić winietę. Po chwili przybiegł uradowany, krzycząc: Dziewczyny! Czekajcie, nie musicie łapać! Kolegę spotkałem, kiedyś wyświadczyłem mu przysługę, więc teraz on pomoże wam!

Zbyszek i Leszek – tak nazywali się nasi nowi kierowcy. Po raz pierwszy jechałam wtedy z kimś na dwa tiry. Leszek, z którym jechała Zuza, był raczej opanowany i spokojny. Natomiast Zbyszek… Cóż, na pierwszy rzut oka też. Już się bałam, że całą drogę będziemy milczeć, jednak po jakichś pięciu minutach po raz pierwszy tego dnia popłakałam się ze śmiechu słuchając jego historii. Jeszcze tego samego dnia spędziliśmy dwie godziny stojąc w korku, bo trafiliśmy na śmiertelny wypadek. Jednak było całkiem śmiesznie, wszyscy kierowcy ciężarówek wyszli z samochodów, siedzieliśmy sobie na środku drogi i gadaliśmy o głupotach. 

Wieczorem wylądowaliśmy w słowackiej Żylinie, gdzie, mimo późnej pory, chciałyśmy łapać dalej, ale przecież dajcie spokój, dziewczyny, chłopaki i tak już dzisiaj stoją, rano wam kogoś zawołamy na CB, a teraz chodźcie, jakąś kolację sobie zrobimy. Skończyło się na długich godzinach gadania (i picia; nie będę udawać, że tak o suchym pysku siedzieliśmy) na parkingu. I tego właśnie wieczoru dostałam piękne świadectwo zaufania od człowieka, którego znałam kilka godzin. W pewnym momencie oczy same zaczęły mi się zamykać; Zbyszek szybko to zauważył i powiedział: Te, Magda! Bo ty tu zasypiasz, ja cię potem nosić nie będę. Masz tu kluczyki do samochodu, otwórz sobie tym, o tu, po lewej się świeci światło, górne łóżko do przodu i w dół, to się rozłoży i jak chcesz to możesz iść spać. Nie będziecie wiochy robić z tymi śpiworami na parkingu, jak się zmieścicie we dwie na łóżku, to śpijcie. Takie niby nic, ale miło mi się zrobiło jak nie wiem!

Z chłopakami przejechałyśmy jeszcze kawałek Polski, a potem znaleźli nam kolejny transport, a potem kolejny, i tak trasę Maribor – okolice Poznania pokonałyśmy praktycznie bez wysiłku, podawane z rąk do rąk przez CB radio. Do teraz gdy widzę na drodze dębicką Altę-Trans, próbuję dojrzeć, czy za kierownicą nie siedzi Zbyszek lub Leszek!

Moja druga ulubiona sytuacja miała miejsce w 2015, podczas podróży po Włoszech. Z Agą utknęłyśmy na dobę na stacji benzynowej pod Wenecją – szczęście w nieszczęściu, że nie byłyśmy tam same, a z polskim kierowcą ciężarówki. On miał trochę gorzej, bo czekał na załadunek i ostatecznie utknął w tym miejscu na jakieś cztery dni, no ale to nie o tym ta historia. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, popiwkowaliśmy, a nasz kompan w międzyczasie cały czas szukał nam przez CB transportu w stronę południa. Drugiego dnia się udało złapać tira w stronę Bolonii – kierowca Michał specjalnie zboczył z trasy, by zgarnąć nas ze stacji. Na parking pod Bolonią dojechaliśmy wieczorem, toteż uznałyśmy, że rozbijemy gdzieś na uboczu namiot, a łapać zaczniemy następnego dnia (pamiętam, że to był piątek, a w okresie wakacji we Włoszech w weekendy poruszać się mogą tylko chłodnie i cysterny, więc Michał był uziemiony na stacji na co najmniej dwa dni). Zaparkowaliśmy obok innych polskich ciężarówek, z których zaraz wyszli kierowcy w liczbie dwóch, a później tak od słowa do słowa… Skoro i tak tu zostajecie, dziewczyny, to weźcie się rozgośćcie, o, tu sobie krzesełka rozłożymy, zrobimy zaraz jakąś kolację, wy pewnie głodne jesteście, nie? 


Gdyby ktoś wcześniej tego dnia powiedział mi, że wieczorem będę panierować schabowe na stacji benzynowej, a dwa musujące wina truskawkowe później będziemy w czwórkę rozwiązywać problemy miłosne piątego, czterdziestoletniego kierowcy, powiedziałabym: taaa, no, na pewno. A jednak, zdarzyło się! Chwilę później zerwała się burza. Kiedy dyskutowałyśmy w którym miejscu najbardziej optymalnie będzie rozbić namiot, usłyszałyśmy słowa: No porąbało was chyba, namiot będziecie w deszczu rozstawiać. Obie naczepy mam puste, bo na załadunek czekam, weźcie się tam prześpijcie i już, sucho i ciepło wam będzie przynajmniej. Tylko wejdźcie do tej wewnętrznej, żeby was nikt w nocy nie ukradł.

Wiecie ile miejsca jest w pustej naczepie?! Ja tak teoretycznie wiedziałam, ale kiedy tam weszłam – OJAAAAAAAAAAA!

Trzecia sytuacja to ta, której jeszcze w ogóle tu nie opisywałam. Trzymałam ją w ukryciu, bo miała pojawić się w całkiem osobnym tekście, jednak zanim doczekam się zdjęć… Poświęcę ją i opiszę tutaj!

Zeszły rok, powrót z Portugalii. Dotarłyśmy z Zuzą pod Lyon – było jakoś koło 18, a że słońce zachodziło raczej późno, pomyślałyśmy, że spróbujemy jeszcze coś złapać. Wtedy zauważyłyśmy duży parking dla ciężarówek (dygresja: pitstopy we Francji są po prostu FANTASTYCZNE! Duże, zawsze z supermarketem, parkingiem dla osobówek, dla ciężarówek, z porządną stacją benzynową, często łazienką z prysznicami, miejscem dla kamperów, miejscem na grilla… No po prostu cudo!). Zostawiłam Zuzie oba moje plecaki i poszłam na zwiady. Właściwie co drugi samochód był na polskich numerach, jednak większość miała zasłonięte zasłony, a ja przecież nie z tych, co budzą kierowców podczas ich pauzy. Trafiłam na jedną otwartą ciężarówkę – kierowca miał jechać rano gdzieś w okolice Norymbergi; standardowa gadka: jak nie złapiesz niczego lepszego, śmiało wracaj, to was jutro podrzucę. Poszłam dalej – wszyscy spali. W końcu dotarłam do busa z polską rejestracją; był otwarty, jednak w środku nikogo nie dojrzałam. Trudno, idę dalej. Nagle z naprzeciwka pojawił się młody chłopak z pięciolitrowym baniakiem wody. Nie zdążyłam zagadać, bo…

­- Cześć! – krzyknął.

- Cześć! Czy ja wyglądam jakbym była z Polski czy co?

- Trochę wyglądasz, i stawiam, że to twoja koleżanka stoi na dole z plecakami, nie? Tak jakoś pomyślałem, że pewnie Polki.

- No to tak właśnie jest! Słuchaj, a nie jedziesz może w stronę Polski? Dzisiaj, jutro rano?

- Niestety, raczej na Włochy, czekam na załadunek. Ale czekaj, mój kolega jedzie do Niemiec, chodź, zaprowadzę cię do niego. BARTEEEEEEEEEEEK!

Z tira kawałek obok wyłonił się gość, który bynajmniej nie wyglądał na najszczęśliwszego na świecie.

- Ty na Niemcy rano jedziesz, nie? Weźmiesz dwie dziewczyny, co? Miłe są bardzo.

- No spoko, to dawajcie bagaże, schowamy do paleciarni.

Znacie ludzi z kategorii człowiek jednoosobowa impreza? Właśnie te słowa najlepiej opisują Bartka. Zanim zdążyłyśmy zaprotestować, podał nam po porcji ryżu z kotletem i wcale nie chciał przyjąć odmowy i argumentów, że i tak ma niezbyt wiele, a to on prowadzi i powinien być dożywiony. Po standardowej wieczornej pogawędce z sąsiadami na parkingu poszliśmy spać, bo czekała nas pobudka o 4 rano. Później już było z górki: jak o tej czwartej ruszyliśmy, tak kilka godzin później – już w Niemczech – Bartek znalazł nam kolejnego kierowcę, który chwilę później znalazł nam kolejnego, a tamten jeszcze następnego, i tym sposobem, po 28 godzinach zupełnie nieprzerwanej jazdy, obudziłyśmy się pod Wojniczem. Prawie 1500 km jednym ciągiem, dzięki polskim kierowcom tirów. Czy to nie jest piękne?

(właśnie w tym momencie przypomniała mi się jeszcze jedna historia, która mogłaby zaliczyć się do ulubionych, ale jako że napisałam już ponad dwie strony o samych kierowcach ciężarówek… ;) )


Karma wraca
Kto chce, ten niech się śmieje, ale ja naprawdę w to wierzę. Przekonałam się nie raz na własnej skórze i dlatego gdy sama nie podróżuję, staram się pomagać tym, którzy są w drodze. Gdy prowadzę, zatrzymuję się autostopowiczom niemal zawsze – nawet tylko po to, żeby podrzucić ich na wylotówkę czy do wioski nieopodal. Wiele razy przekonałam się, że tak to się właśnie kręci: ileż to razy zatrzymał mi się samochód, którego kierowca w ogóle nie wyglądał na osobę, która wzięłaby autostopowicza (po pozorach się niby nie ocenia, no ale sami wiecie jak to czasem (nie)działa). Czego dowiadywałam się po kilku pierwszych minutach jazdy? Dwadzieścia lat temu, na studiach, też tak jeździłem, Europę z kolegami zwiedziliśmy autostopem, więc teraz jak kogoś widzę przy drodze, to zawsze się zatrzymuję, bo wiem jak to jest stać i machać kciukiem.


Da się spać gdziekolwiek
Na kamienistej plaży i na podłodze w tirze, gdzieś między skrzynią biegów a pedałem gazu. Na placu zabaw, w krzaku (dosłownie) w parku i na dworcu autobusowym wśród cygańskich rodzin z dziećmi. Przy torach kolejowych, na stacji benzynowej, w naczepie, na przystanku autobusowym. W bagażniku, na klifie i na chodniku. W przyulicznym rowie w centrum miasta, w namiocie na środku parkingu, w przydrożnej zatoczce. Wszystko z powyższych jest sprawdzone – mam swoich faworytów jak i miejsca, których nie darzę specjalnie wielkim sentymentem. Ale da się: wystarczy odpowiedni stopień zmęczenia. Raz zdarzyło mi się zasnąć na koncercie Dezertera podczas ich występu w Jarocinie - położyłam się na trawie jakieś 50 metrów od głośnika i obudziłam pół godziny później.



Da się umyć wszędzie
Wbrew pozorom umywalka daje naprawdę ogromne możliwości! Często pomaga obecność gąbki, ale i bez niej można się porządnie umyć od stóp do głów. Ba! – w sytuacji kryzysowej i nogi da się ogolić (warto się jednak wcześniej upewnić, że nie jest to umywalka w toalecie na naprawdę tłocznym i porządnym dworcu kolejowym, bo kiedy pan ochroniarz przychodzi i zaczyna na ciebie krzyczeć w lokalnym języku, a ty stoisz z jedną nogą w pianie i to jeszcze w umywalce, to może być to nieco niezręczna sytuacja; ciężko też wtedy zaprzeczyć, mówiąc, że to wcale nie tak jak pan myśli). Butelka wody to już w ogóle gwarancja dwóch-trzech porządnych pryszniców!


Da się zjeść (niemal) wszystko
Okazuje się, że terminy ważności są tylko cyferkami na opakowaniu, a niemal każdy produkt potrafi wytrzymać dłużej, niż powinien według producenta. Da się jeść przez tydzień chleb z pasztetem cztery razy dziennie i za każdym razem rozkoszować się jego smakiem. Wniosek z tego tylko jeden…




W pewnych sytuacjach komfort traci na ważności
Odnosi się to i do spania, i do jedzenia, i zasadniczo do wszystkiego; granica komfortu jest bardzo elastyczna. Ja się o tym przekonałam właśnie podczas autostopowych podróży, gdy okazało się, że umiem spać na siedząco w najbardziej niesprzyjających i niewygodnych miejscach, a następnego dnia wstać wypoczęta i z uśmiechem na ustach. Nigdy nie byłam specjalną fanką pasztetu, a tu nagle okazało się, że buła z pieczarkowym Profi jest niczym słodycz dla podniebienia po całym dniu na szlaku. Fajnie jest przekonać się na własnej skórze, że tak naprawdę do pełni szczęścia potrzeba nam o wiele mniej, niż zawsze myśleliśmy.

Nie jestem pewna, czy ze zdjęcia można to wywnioskować,
ale jest ono zrobione w BARDZO MAŁYM samochodzie
i siedzę na nim z tyłu między dwoma średnimi i dwoma
BARDZO DUŻYMI plecakami.



Nigdy nie możesz być niczego pewien na sto procent…
Chciałyśmy kiedyś jechać z koleżanką do Francji, pobujać się trochę po Lazurowym Wybrzeżu. Wylądowałyśmy na dwa tygodnie we Włoszech – nie żałujemy ani trochę!


…ale dobrze z góry założyć, że się uda
Wrzesień 2014. Trzyosobową babską ekipą kupiłyśmy tanie jak barszcz bilety do Norwegii; trasa Warszawa – Oslo – Warszawa. Miałyśmy być na miejscu pięć dni, z czego cały jeden planowałyśmy poświęcić na stolicę. A później zwiedzić Stavanger, wejść na Preikestolen, pojechać do Bergen i wrócić do Oslo na samolot; przy czym całą trasę planowałyśmy pokonać autostopem. Przyznam szczerze, nie przemyślałyśmy tego zbyt dobrze. Dużo kilometrów, dużo zaplanowanych aktywności, a przy tym wszystkim zdecydowanie zbyt mało czasu. Jednak było w nas tak dużo optymizmu, że nawet nie zdążyłyśmy się zorientować, że założony plan jest trochę ryzykowny i niezbyt rozsądny. Byłyśmy tak mocno przekonane, że się uda… że się udało. I jeszcze został nam jeden nadprogramowy dzień!


Warto mieć plan B
Choćby po to, żeby nigdy z niego nie skorzystać. Ja na przykład mam taką grę, że gdy stoję długo w jakimś miejscu i/lub zbliża się noc, uważnie rozglądam się po okolicy i szukam potencjalnych miejsc na kimę. Jakoś lepiej się czuję ze świadomością, że w pobliżu jest chociaż przytulny rów/krzak/altanka, gdzie w razie W mogę przekoczować. O ironio, zawsze, gdy zauważę przynajmniej trzy takie przyjemne miejsca, akurat – jak na złość! – ktoś się zatrzymuje.



Elastyczności
Fajnie wiedzieć, gdzie chcesz jechać, ale nie zawsze jest sens kurczowo trzymać się planu. Wspominałam, że kiedy próbowałyśmy z Agą dotrzeć do tej Francji, o mały włos nie wylądowałyśmy w Istambule? Na Węgrzech zatrzymała się Polska ciężarówka, kierowca miał rozładunek w Turcji. Nie wsiadłyśmy tylko dlatego, że którąś z nas trzymał termin powrotu do domu – w przeciwnym wypadku… :)


Bezpośrednia komunikacja to podstawa
Pamiętam doskonale, jak na samym początku autostopowych podbojów stresowałam się sytuacją, w której będę musiała iść do toalety, a będziemy akurat w trasie. Moi znajomi mogą poświadczyć, że słowa, które wymawiam w ciągu dnia najczęściej, to ej zaraz wracam, muszę siku. Jednak jakoś głupio mi było prosić co chwilę kierowcę – który i tak już zrobił mi przysługę i mnie zabrał, chociaż wcale nie musiał – żeby zajechał na stację benzynową albo przynajmniej zatrzymał się przy jakimś sympatycznym krzaku. W pewnym momencie jednak przestałam się tym zupełnie przejmować: chyba lepiej stracić dodatkowe pięć minut na postoju, niż czyścić potem mokre siedzenie, nie? Poza tym, jak się okazało, nikt nigdy nie ma z tym problemu; nie zdarzyło mi się jeszcze usłyszeć nie.


Small talków o wszystkim
Nie trzeba mieć wspólnych tematów z każdym na świecie. Jakkolwiek, kiedy kierowca się zatrzymuje, czuję się w obowiązku, by umilić mu czas rozmową – tym bardziej, że często ludzie (a zwłaszcza kierowcy tirów) biorą autostopowiczów właśnie po to, żeby zająć się gadaniem i nie zasypiać za kierownicą. Trochę gorzej się robi, kiedy po pierwszych pięciu minutach okazuje się, że nie macie za bardzo o czym rozmawiać, a gdy dodatkowo w perspektywie majaczy spędzenie razem kilku godzin na małej powierzchni – może się wtedy zrobić trochę niezręcznie. Autostop zdecydowanie nauczył mnie prowadzenia tak zwanych small talków. Mogę pociągnąć rozmowę o pogodzie, rodzinie kierowcy czy o jakimkolwiek innym, nawet najbardziej bzdurnym temacie. Gdy pokonywałyśmy autostopem Norwegię, raz zatrzymał nam się bardzo miły pan. Przypadała akurat moja kolej siedzenia z przodu, i – na moje nieszczęście – szybko okazało się, że nie mamy za wielu wspólnych tematów. Na drodze, którą akurat jechaliśmy, było bardzo dużo tuneli, więc zagadałam o nie (choć w sumie nie jestem jakąś specjalną fascynatką tuneli; są mi raczej obojętne). Całą drogę spędziliśmy na rozmowie o tunelach – do dziś zastanawiam się jak to możliwe, ale jednak, jak widać, dało się.

Podobna sytuacja miała miejsce, gdy wracałyśmy z Magdą z Danii. Wpadłyśmy po drodze odwiedzić znajomych w Niemczech, skończyło się na imprezie, toteż następnego dnia rano obie byłyśmy – delikatnie mówiąc – trochę nie do życia. Kac morderca, ale jechać trzeba. Miałyśmy szczęście, bo po kilku krótszych podwózkach zatrzymał się facet jadący tam gdzie my – prosto do Drezna. Oznaczało to cztery godziny wspólnej drogi i – jakże by inaczej – moją kolej siedzenia z przodu… Magda zasnęła na tylnych siedzeniach niemal momentalnie, a my nie mieliśmy za bardzo o czym rozmawiać, jednak głupio tak jechać w ciszy. Było mi niedobrze jak stąd do Meksyku, więc patrzyłam przed siebie i mocno zaciskałam zęby, kiedy nasz towarzysz drogi z tematu Oooo, jesteście z Polski? przeszedł do szeroko pojętej sztuki. Okazało się, że jest fanem Wyspiańskiego. Przez bite cztery godziny rozmawiałam z nim o obrazach i muzeach (a kłamać nie będę: jestem o wiele bardziej muzyczna niż plastyczna i na tym temacie się zwyczajnie nie znam), udając, że mnie to interesuje i zadając możliwie dużo pytań, by nakierować rozmowę tak, żeby to on musiał mówić więcej, nie ja – wciąż bałam się, że w pewnym momencie puszczę niekontrolowanego pawia na deskę rozdzielczą.


Z policjantami da się rozmawiać
Wcale nie zawsze są tacy cięci na autostopowiczów, jak głoszą legendy. Czasem machają z radiowozów, kiedy stoisz przy drodze z wyciągniętym kciukiem, czasem podchodzą co ciebie na stacji benzynowej i zagadują, życząc powodzenia i miłego dnia.

W Portugalii spałyśmy raz z Zuzą na parkingu przy plaży. Mniej więcej po półtorej godziny od rozbicia namiotu, gdy zdążyłyśmy już zasnąć, usłyszałyśmy jak ktoś rozsuwa wejście. Otworzyłam oczy, oślepiły mnie latarki – dwóch policjantów z nocną wizytą.

- Mówicie po angielsku, dziewczyny?

- Jasne.

- Słuchajcie, no niestety niezbyt możecie tutaj spać, pewnie nie widziałyście znaku. Dacie radę się zebrać i przenieść gdzie indziej z tym namiotem?

- Tak, spoko, tylko dajcie nam chwileczkę.

- Nie ma problemu, bez pośpiechu. Dobrej nocy!


Pomoc drogowa bywa miła
Pytałam się kiedyś duńskiej pomocy drogowej o najlepsze miejsce, gdzie można stanąć. Zuzę raz chorwacka pomoc wzięła na stopa. Kiedyś też spacerowałyśmy z koleżanką po autostradzie między Krakowem a Łodzią – zostałyśmy wysadzone w beznadziejnym miejscu, skąd do najbliższej stacji były trzy kilometry. A stać i płakać przecież nie będziemy, trzy kilometry co wcale nie aż tak dużo! Gdy pokonałyśmy już dwa i pół kilometra, obok nas zatrzymał się samochód pomocy drogowej.

- Co tu robicie? Nie wiecie, że nie można chodzić po autostradzie?

­Dzięki za info, ziomek!, miałam ochotę odpowiedzieć.

- Proszę panów – zaczęłam. – Jechałyśmy stopem, kierowca wysadził nas na samym środku autostrady dwa i pół kilometra temu, bo później nie miał żadnego zjazdu, żeby zawrócić, a nie jechał tam, gdzie my chcemy. Do stacji zostało nam pięćset metrów – dajcie nam pięć minut i schodzimy wam z oczu.

- Hmm, w sumie racja. No dobra, ale uważajcie na siebie. I nie chodźcie więcej autostradą!
Nie posłuchałam go i czasami autostradą chodzę, ale – jak widać – z każdym da się dogadać.


Pewności siebie
Już dawno temu odkryłam, że najlepszą metodą na sytuacje, w których brak mi pewności siebie czy gdy zwyczajnie czegoś nie wiem, jest udawanie, że wcale tak nie jest. Dlatego lubiłam egzaminy ustne na studiach – lanie wody idzie mi całkiem nieźle. Nie zliczę sytuacji, gdy profesor zadawał mi pytanie, na które odpowiedzi nie znałam, więc zaczynałam mówić o czymś zupełnie innym, muskając ledwie omawiany temat – udawałam, że wiem o co chodzi i że jestem absolutnie pewna, że mam rację. Działało zawsze.

Ale zanim się tego nauczyłam, trochę czasu musiało minąć.

Wyjazd na Bałkany. Z kolegą utknęliśmy w Serbii na calutki dzień. Następnego ranka byliśmy już oboje wkurzeni i zmęczeni czekaniem. Staliśmy akurat na kompletnym zadupiu; obok nie było nic, oprócz maleńkiej drewnianej budy – bo inaczej tego nie nazwę – pełniącej funkcję baru dla lokalsów. Taka typowa mordownia z trzema stolikami i transmisją meczu sprzed dwudziestu lat na czarno-białym telewizorze, gdzie już po śniadaniu zasiada miejscowa loża szyderców. Jednak do meritum: mieliśmy jakieś istotne pytanie, na które chcieliśmy znaleźć odpowiedź. Oprócz nas i gości mordowni wokół były tylko pasące się na podwórkach kury. Kolega odmówił współpracy; powiedział, że on chętnie popilnuje bagażu, ale nie chce rozmawiać z lokalnymi panami Mietkami. Dobra, pomyślałam, nie to nie, dam sobie radę sama. Weszłam do środka. Wrzawa, muzyka, rozmowy, milion dźwięków na raz. Średnia wieku wynosiła jakieś 50-60 lat, wódka się lała, a ja w tym wszystkim naprawdę nie czułam się najbardziej komfortowo na świecie.  No ale dziewczyn się przecież podobno nie bije, nie…?

- Przepraszam! Czy ktoś z was mówi po angielsku? – zaczęłam, wciąż stojąc w drzwiach. Rozmowy ucichły, a wszystkie twarze odwróciły się w moją stronę. Pogratulowałam sobie w myślach donośnego głosu, bo wygląd piętnastolatki i metr sześćdziesiąt w kapeluszu zwykle nie pomaga mi w byciu traktowaną poważnie. – Mam problem i potrzebuję pomocy. Byłoby super, gdyby ktoś z was mógłby mi jej udzielić.

Jeszcze przez kilka sekund nikt nie drgnął; wszyscy patrzyli i zastanawiali się o co może chodzić; a może po prostu próbowali zrozumieć cokolwiek z tej sytuacji? W końcu wstał prawdopodobnie najmłodszy (zaraz po mnie) gość w tym wątpliwym lokalu.

- Ja mówię po angielsku, ale lepiej stąd najpierw wyjdźmy.

Dogadaliśmy się, chłopak nam pomógł, wszyscy żyliśmy długo i szczęśliwie.


Pokory
Nie zawsze wszystko się udaje tak, jak sobie zaplanujemy. Czasem utkniesz gdzieś na pięć godzin, choć byłeś pewien, że będzie łatwo, szybko i przyjemnie. Autostop nauczył mnie, że nie można być zawsze w absolutnie stu procentach niczego pewnym.


Korzystania z okazji
Jestem z tych, co rozważają, za dużo się zastanawiają i w ogóle mają zasadniczy problem z podejmowaniem decyzji. Jednak temat korzystania z okazji łączy się trochę z tematem szybkiej oceny sytuacji, więc i w tej kwestii czegoś się nauczyłam.

Kolejna historia naszego powrotu z Portugalii do Polski (w wielkim skrócie). Pierwszego dnia późnym popołudniem wylądowałyśmy w Algarve. Mniej więcej około 18 – 19 złapałyśmy Kenijczyka: tego samego wieczoru jechał do Sagres, gdzie planował przenocować i dopiero następnego dnia ruszyć dalej. Zbieg okoliczności sprawił, że duża część jego trasy idealnie pokrywała się z naszą: planował jechać przez Sewillę, później Madryt i Barcelonę, a stamtąd przez Andorę i do Francji. Teoretycznie mogłyśmy z nim dojechać aż w okolice Marsylii i dopiero tam odbić w stronę Niemiec (Adrian planował zwiedzić Lazurowe Wybrzeże i stamtąd jechać do Włoch). Ale z drugiej strony, godzina wciąż była wczesna i mogłyśmy próbować łapać kogoś do Hiszpanii jeszcze tego samego dnia…

- Macie mniej więcej godzinę, żeby zastanowić się, czy chcecie jechać ze mną do Sagres czy nie. Jeśli zdecydujecie się łapać na Hiszpanię jeszcze dzisiaj, wysadzę was wcześniej, żebyście nie musiały się później wracać – powiedział Adrian, kiedy przestawiłyśmy mu nasze plany.

Na początku kusiło mnie, żeby próbować jechać dalej jeszcze tego samego dnia. Między rozmową z Adrianem komunikowałyśmy się półsłówkami po polsku, żeby zdecydować co chcemy zrobić.

- Widzisz jak to dzisiaj wyglądało…

- No kiepsko raczej, ale jeszcze dwie godziny do zmroku. Może się uda.

- Właśnie wiem. Ale jeśli nie…

- …to będziemy na siebie strasznie wkurzone. Dobra, stara, ciśnijmy z nim dalej może.

- Też mi się tak wydaje.

Postanowiłyśmy zwolnić tego wieczoru i ruszyć dalej następnego dnia. I wiecie, to była najlepsza decyzja podjęta podczas tej trasy! Bez Adriana nie spałybyśmy w Pirenejach, nie miałybyśmy okazji zwiedzić Andory, a prawdopodobnie i Sewilli, Madrytu i Barcelony, bo nie ryzykowałybyśmy wjeżdżania do miast, żeby później przez dwie godziny wydostawać się na wylotówkę. Nie miałybyśmy pięknych zdjęć (których wciąż co prawda nie dostałyśmy, bo wystąpił jakiś problem z adrianowym dyskiem, ale wierzę, że pewnego dnia mi je podeśle) i – przede wszystkim – nie poznałybyśmy świetnego człowieka!

Piękna, niepowtarzalna, malownicza Andora!


Im dalej od ludzi tym bezpieczniej
To szczególnie w kwestii spania na dziko. Zwierzęta nie są na tyle głupie, żeby zaczepiać obce namioty, ale ludzie już niestety tak.




Przebieganie przez autostradę nie jest dobrym pomysłem
Nigdy. Szczególnie z ciężkim plecakiem i krótkimi nogami.
Szczególnie więcej niż jeden raz, po którym przecież obiecałeś sobie, że już nigdy więcej nie zrobisz tak idiotycznej rzeczy.


Logistyki
Gdzie stanąć, gdzie nie stawać, na ile dni rozplanować trasę, ile godzin zapasu przed zmrokiem sobie zostawić. Ile wziąć jedzenia, ile par skarpetek, jak zrobić, żeby wziąć wystarczająco, a żeby było lekko. Bo tak ogólnie to…


Minimalizm jest w cenie
Na tygodniowy wyjazd nie potrzeba siedmiu koszulek i trzech par spodni. Nie musisz pakować trzech chlebów tostowych – prawdopodobnie zanim zdążysz zjeść ten pierwszy, trafisz na sklep. Kiedy planujesz przez większość czasu nosić cały dobytek na plecach, każdy gram robi różnicę. Jakkolwiek…


Choćbyś nie wiem jak się starał, zawsze spakujesz za dużo
Jeśli na tydzień weźmiesz trzy koszulki, to okaże się, że w zasadzie wystarczyłyby ci dwie albo w ogóle jedna, bo codziennie będzie trafiać się okazja, żeby zrobić szybkie pranie. Druga para spodni też w sumie nie była konieczna, bo zupełnie nie przeszkadza ci chodzenie codziennie w tej jednej i brudnej – i tak co chwilę siadasz na ziemi albo na kolana spada ci kanapka z dżemem, więc w zasadzie to wszystko jedno.


Potrzeba matką wynalazków
Jak się okazuje, wszystko jest w stanie zastąpić… wszystko. Z taśmy zrobisz sznurek, z butelki prysznic, z kurtki poduszkę, z musujących tabletek wapna całkiem smaczny napój. Zdobyczną trytytką, która jest prezentem od kierowcy, naprawisz kubek, a za karton, na którym chcesz napisać nazwę miejscowości, może posłużyć twoje własne, osobiste przedramię. Jednak w tym wszystkim jest jedna rzecz, która sprawdza się w stu procentach przypadków. Rzecz, której nigdy nie brakuje w moim wyjazdowym plecaku. Rzecz, która pomoże ci wyjść z najbardziej opłakanej sytuacji. Dobrze o niej pamiętać i mieć ją zawsze przy sobie, bo…
 
Zdjęcie przedstawia autorki projekt konstrukcji produkującej cień w słoneczne
południe na plaży (chwilę wcześniej naprawdę obie karimaty
były zacienione!)


Powertape to życie
Naprawia buty, plecaki i stelaże od namiotu. Wisząca przy plecaku poduszka doprowadza cię do szału? Przyklej ją powertapem. Śpiwór nagle przestał mieścić się w pokrowcu? Obklej go powertapem. Nie masz gdzie powiesić brudnych skarpetek? Ulokuj je na rozpiętym między drzewem a namiotem powertapie. Smarując bułę pasztetem skaleczyłeś się w palec, a apteczka schowana jest na dnie plecaka? Nie szkodzi! Jeśli masz pod ręką powertape, wystarczy przykleić do niego kawałek chusteczki higienicznej i już masz własnej konstrukcji opatrunek. Daję słowo – trzyma się lepiej niż zwykły plaster!

Powertape to życie. Nie zawodzi w żadnej sytuacji.



Warto rozmawiać z nieznajomymi
Już nawet nie będę wspominać o rozmowie z kierowcami, bo to oczywista rzecz – mam tu na myśli zagadywanie do nieznajomych, do których wcale nie masz konieczności zagadywać. Nie byłabym sobą, gdybym w tym momencie nie przytoczyła mojej absolutnie ulubionej historii o przypadkowych spotkaniach w podróży!

Rok 2014, autostopowa podróż po Bałkanach. Chorwacki Split, bliżej nieokreślona godzina wieczorna. Z kolegą snuliśmy się po promenadzie, czekając na Zuzę i innego kolegę i w międzyczasie szukając sympatycznej miejscówki na nocleg. Parę godzin wcześniej w Bośni i Hercegowinie kupiliśmy wielkiego arbuza. Ale takiego naprawdę gigantycznego, ważącego kilka kilogramów. Skusiliśmy się na niego głównie dlatego, że był supertani (no i mieliśmy też po prostu ochotę na arbuza), ale nie pomyśleliśmy, że nie dość, że trzeba go będzie potem ze sobą nosić, to wypadałoby go zjeść za jednym posiedzeniem, bo noszenie ze sobą 3/4 arbuza, z którego się leje jest jeszcze gorszym pomysłem niż noszenie arbuza w całości.

Chodziliśmy więc sobie wzdłuż brzegu z tym nieszczęsnym arbuzem, aż w miejscu trochę na uboczu zauważyliśmy dwa rozłożone śpiwory, w nich dwie osoby, a obok dwa wielkie plecaki.

- Ej wiesz co – zaczęłam. –Jak mamy tak na nich czekać i snuć się jak idioci, to ja podbiję do tych ziomków i zapytam, czy chcą zjeść z nami arbuza, to przynajmniej nie będziemy musieli go nosić.
- O, to dobry pomysł! Chodźmy.

Wydawało mi się, że nie śpią, a nawet jeśli by mieli… Czy ktoś kiedyś w historii powiedział nie, kiedy obca osoba zaczepiła go na plaży i zaproponowała darmowe żarcie?

- Hi there! Do you want to eat this huge watermelon with us?

- Sure, why not!

Rozłożyliśmy się wygodnie na ziemi obok nowych znajomych znad brzegu, przed sobą położyliśmy arbuza. Wyciągnęłam rękę.

- Magda.

- Ola.

- Piotrek.

Kilka sekund ciszy.

- Czy wy przypadkiem nie jesteście z Polski?

Byliśmy, dokładnie tak samo jak Ola i Piotrek. Żeby było zabawniej, okazało się, że robili identyczną trasę po Bałkanach jak my, tylko w drugą stronę. Też autostopem! To dzięki nim mieliśmy gdzie spać na Słowenii kilka dni później. A żeby już w ogóle było śmiesznie, po dłuższej rozmowie wyszło na jaw, że nasi nowi znajomi na co dzień również mieszkają w Krakowie.

Zbieg okoliczności i bośniacki arbuz był początkiem pięknej przyjaźni, którą pielęgnujemy do dzisiaj! Do końca moich studiów spotykaliśmy się regularnie na wino, robienie rurek z kremem, oglądanie retransmisji woodstockowych koncertów i wspólne słuchanie Manu Chao. Nieskończone ilości spędzonych razem godzin, koncertów, snucie podróżniczych planów. Od kiedy wyprowadziłam się z Polski, zawsze gdy wracam, punktem obowiązkowym jest co najmniej dwudniowe spotkanie.
Czy wspominałam już kiedyś, że wszystkie najlepsze znajomości i najbliższe przyjaźnie zawarłam dzięki podróżom? :)




PS Tego wieczoru nie zmogliśmy arbuza nawet w sześć osób…


niedziela, 7 stycznia 2018

[106] Polowanie na zorzę polarną - poradnik dla laika!

Na samym początku podkreślam: nie jestem znawcą. Ten tekst jest zbiorem wskazówek dotyczących obserwacji zorzy polarnej, które przetestowałam osobiście i w moim przypadku dało to oczekiwany efekt. Poniższe rady są utrzymane w konwencji jak zrobić, żeby się nie narobić, a żeby się udało – u mnie się sprawdziły, u Ciebie niekoniecznie muszą. Ale zawsze warto spróbować :)


Po wysłaniu tekstu do Aurora Reykjavik dostałam przemiłego maila od jednego z pracowników – Polaka. Fragment wiadomości brzmiał następująco: (…) super, ze Ci się udało zobaczyć Zorzę Polarną!! Ludzie czasami przyjeżdżają po 2-3 razy żeby specjalnie ją zobaczyć i...NIC:( (…)
To prawda – mieliśmy wielkie szczęście! Choć pogoń za zorzą była jednym z naszych głównych celów podczas zeszłorocznej podróży na Islandię, zdawaliśmy sobie sprawę, że nie mamy na nią absolutnie żadnego wpływu. To tylko kwestia szczęścia bycia w dobrym miejscu w dobrym czasie oraz trafienia na sprzyjające warunki. A tak po prawdzie, to z tymi warunkami też nie do końca zawsze prawda…

Pamiętam mój pierwszy pobyt na Islandii ponad dwa lata temu. Codziennie, gdy zatrzymywaliśmy się wieczorem w docelowym miejscu noclegu, obserwowaliśmy bacznie niebo. Sypialiśmy w całkiem dogodnych lokalizacjach: daleko od cywilizacji i świateł, często pośrodku niczego. Przez większość nocy spora część nieba była zupełnie niezachmurzona, a sama aktywność zorzy też nie była najgorsza – byliśmy na przełomie października i listopada, więc w teoretycznie najlepszym okresie, by złapać światła. I przez pierwszych pięć nocy nie zobaczyliśmy zupełnie nic. Ostatnią noc spędziliśmy wtedy w Reykjaviku; zaparkowaliśmy w starym porcie, za falochronem. Niebo było częściowo zachmurzone, dodatkowo raczej jasne przez światła miasta. A tu nagle zielona smuga na niebie! Gdzie sens, gdzie logika?

Pierwsza i najważniejsza rzecz – sensu i logiki za wiele tu nie ma. To znaczy: jasne, jest wiele skutecznych sposobów, żeby zwiększyć swoją szansę zobaczenia zorzy. Ale nigdy nie ma stuprocentowej pewności, że to się uda – nawet przy czystym niebie, w absolutnej ciemności na całkowitym odludziu, przy znaczącej aktywności.


Co to jest KP?

Mądrzy ludzie postanowili stworzyć skalę KP; tak zwany indeks planetarny. Opisuje ona zasięg występowania zorzy polarnej. Na mapie wygląda to mniej więcej tak:


Aktualne informacje na ten temat można monitorować na wielu stronach. Moje ulubione (czyli moim zdaniem najbardziej przejrzyste) to ta ze strony Aurora Service i Metcheck.

Jest też całkiem przyjemna aplikacja na telefon: 

Tylko że z tą skalą KP to też nie jest tak do końca prosto i przyjemnie. Logika podpowiada, że im większa cyferka, tym większe prawdopodobieństwo zobaczenia zorzy. To prawda. Ale też nie do końca.

Kiedy podczas tegorocznego wyjazdu zobaczyliśmy zorzę pierwszej nocy, aktywność plasowała się gdzieś między 2 a 3 – czyli tak zwane średnie prawdopodobieństwo. Światła tańczyły nad nami przez prawie dwie godziny i były naprawdę mocne. Poniżej zdjęcia robione przez Jessego: w stanie surowym, bez żadnej obróbki czy wyciągania koloru. Przesłał je nam prosto z aparatu jeszcze tej samej nocy.






Przez kolejne trzy dni aktywność zorzy wynosiła około KP 5. Jednej nocy faktycznie wisiała nad nami bardzo gruba warstwa chmur, przez którą światła nie miałyby szansy się przebić choćby i bardzo chciały. Jednak dwie pozostałe były zachmurzone raczej częściowo. A my i tak nie zobaczyliśmy zupełnie nic.

Natomiast jeszcze kolejnej nocy aktywność podobno znów spadła do 2 czy 3. Niebo było częściowo odsłonięte, my zaparkowaliśmy na noc blisko latarni (właściwie to jakieś pół metra od niej), a i tak na niebie pojawiła się zorza – co prawda bardzo blada i niemal nie do uchwycenia gołym okiem, ale jednak!

Jasne, że wysoka aktywność to nie wszystko. Jest jeszcze dużo innych czynników! Najczęściej większa wartość w skali pomaga w polowaniu na zorzę, niemniej dobrze mieć na uwadze, że nie jest to zasada. Może się zdarzyć, że przy KP 2 niebo będzie całe zielone, a przy KP 5 nie zobaczysz nic.





Rzeczy, o których prawdopodobnie nikt ci nigdy nie powiedział

  • Wiesz, że zorza nie zawsze musi mieć intensywny kolor?
Nie będę się bawić w naukowe wytłumaczenia; coś czytałam i coś kojarzę, a nie na tyle, żeby tłumaczyć to innym, bo jak mi się przytrafią jakieś farmazony, to będę mieć potem wyrzuty sumienia, że rozsiewam plotki. Ogólnie kolor zorzy zależy od wielu rzeczy (całkiem ciekawych, więc zainteresowanym polecam o tym poczytać!). Najłatwiej jednak jest trafić na światła w kolorze zielonym. Ale czy wiedzieliście, że zorza równie często przyjmuje kolor popielaty? Często w pierwszym stadium pojawia się na niebie jako sina smuga, która z czasem przechodzi w zielony. Jednak jeśli aktywność jest niewielka, może pozostać taka smętno-szara. Taka właśnie była nasza druga zorza podczas ostatniego pobytu – tak prawdę mówiąc, to nawet nie zorientowalibyśmy, że to nie jest chmura, gdyby Jesse nie sprawdził tego aparatem. To całkiem niezły sposób, kiedy nie jest się pewnym prawdziwości zorzy. Aparat widzi więcej – jeśli nie jesteś pewien, czy to chmura czy pojawiająca się zorza, zrób jej zdjęcie. Internet jest pełen przydatnych protipów jak fotografować zorzę.



  • Wiesz, że czasami zorzę nietrudno pomylić z chmurą?
Pamiętam, że kiedy pojechaliśmy na Islandię w 2015, to była jedna z moich największych obaw: co jeśli na niebie pojawi się zorza, a ja ją przegapię, bo się nie zorientuję i będę myśleć, że to chmura? Co prawda przy większej aktywności prawdopodobieństwo pomyłki nie jest aż tak duże, ale przy mniejszej naprawdę można się nabrać – szczególnie, kiedy światła dopiero pojawiają się na niebie i mają jeszcze bardzo blady, wpadający w popiel kolor.



  • Wiesz, że największa aktywność przypada zwykle między 11 a 2 w nocy?
Oczywiście nie jest to zasada, która sprawdza się w stu procentach przypadków, jednak zaryzykuję stwierdzenie, że dzieje się to częściej niż rzadziej. Próbowałam wyguglować dlaczego właściwie tak jest, jednak Internet zdradził mi tylko tyle, że w większości przypadków tak się właśnie zdarza. Znalazłam też inne (może i mądrzejsze) źródła, które mówią: no, między 11 a 2 jest najlepiej, ale w sumie to każda godzina między zachodem a wschodem słońca jest dobra, byle było ciemno.

I tej optymistycznej wersji się trzymajmy.

Jeszcze jedna rzecz apropos tej aktywności – nie wierz bezgranicznie liczbom i statystykom! Niektóre aplikacje (na przykład ta telefonowa, o której wcześniej wspomniałam) pokazują procent szansy na pojawienie się zorzy w Twojej aktualnej lokalizacji. Jest to fajne i przydatne, ale to wciąż tylko liczby. Rachunek prawdopodobieństwa jest użyteczny, ale gdyby polegać tylko na nim zawsze i wszędzie, to mogłoby być różnie. Po raz kolejny – zorza jest nieprzewidywalna. Kiedy ją zobaczyliśmy, prawdopodobieństwo wynosiło jakieś 25%. Powiedziałabym, że to raczej mało. Dwa dni później mieliśmy – jeśli dobrze pamiętam – około 50%, jeśli nie trochę więcej. I nic.


  •  Wiesz, że to nieprawda, że przy pełni nie zobaczysz zorzy?
Nie wiem czemu, ale Internet jest pełen takich informacji. A chwilę po ich wysypie pojawiło się drugie tyle informacji, że to nieprawda. Z tego wszystkiego wynikły też oczywiście małe i większe dyskusje, jednak to nie w nie chcę się wgłębiać. Chcę tylko powiedzieć, że nasza zorza pojawiła się na oko jakieś dwa dni przed pełnią. Księżyc był tak niesamowicie mocny, że nie pamiętam, kiedy ostatnio taki widziałam. A jednak światłom nie przeszkadzał ani trochę!



  • Wiesz ile trwa zorza?
Ja na przykład nie wiem. I jestem pewna, że wszystkich głęboko zaskoczy to stwierdzenie – to zależy. Może trwać kilka minut, może trwać prawie całą noc.


Praktyczne wskazówki, czyli jak to zrobić, żeby się nie narobić, a żeby się udało



  •  Wybierz dobry czas!
To jest w zasadzie raczej oczywista rada, ale wspomnę ten fakt tak na wszelki wypadek. Poczytaj w Internecie kiedy polowanie na zorzę w miejscu, które chcesz odwiedzić, ma największy sens.


  • Ubierz się ciepło!
Głupie? Może wcale nie aż tak! Największa aktywność zorzy przypada na okres między październikiem a marcem/kwietniem. Logicznym jest, że im bardziej na północ, tym większa szansa na światła, a tym samym im bardziej na północ, tym zimniej. A to niestety nie działa tak, że zorza się pojawia, wychodzisz z budynku/samochodu, patrzysz przez pięć minut, dobra, spoko, wystarczy, wracam do ciepła, nara. Nie nie nie – po tych pięciu minutach jesteś tak zahipnotyzowany kolorami na niebie, że nie w głowie ci wracanie do ciepła. A możecie mi wierzyć, że stanie przez pół godziny/godzinę/dwie w -15 stopniach i śniegu po kolana to nie lada wyzwanie. Każda para skarpetek, rękawiczek i każda dodatkowa bluza jest na wagę złota.

Jednocześnie warto podkreślić, że to mit, że by zobaczyć zorzę, musi być bardzo zimno. Trafiłam nawet na relację gościa, który twierdził, że udało mu się zobaczyć zorzę w sierpniu; stał i gapił się w niebo w tiszercie i sandałach.

Moja łopatologiczna teoria na temat powstania tego mitu o mrozie i zorzy jest następująca: żeby światła się pojawiły, niebo musi być czyste. A kiedy niebo (szczególnie w zimie) pokryte jest chmurami, temperatura zawsze jest trochę wyższa niż kiedy jest całkowicie bezchmurne. Może stąd wzięło się to mylne przekonanie.


  • Patrz na północ!
To jest jedna z rzeczy niby oczywistych, ale dla totalnego laika (patrz: na przykład mnie) może nie do końca taką być. Będąc na Islandii w 2015 w ogóle nie wpadłam na to, że odwrócenie się w odpowiednim kierunku może być pomocne. Jednak, jak się okazuje, jest – i to bardzo! A co się z tym wiąże… 


  • Nie patrz w górę!
Przynajmniej na początku to raczej zbyt wiele nie da. Im wyższa szerokość geograficzna, tym zorza teoretycznie powinna pojawić się w nieco wyższym punkcie sklepienia, jednak myślę, że większość z Was, czytających ten tekst, wybierze się polować na zorzę do któregoś z krajów skandynawskich, a nie na biegun północny.

Za każdym z trzech razy pojawiła mi się po północnej stronie nieba, trochę nad horyzontem; powiedzmy, że tak na wysokości wzroku. W górę rozrosła się dopiero po jakimś czasie.

(czwarty raz był z samolotu, więc ciężko mi tu określić kierunek, bo świeciła totalnie pod nami)


  • Znajdź ciemne miejsce!
Im dalej od świateł tym lepiej. Tu działa dokładnie ta sama zasada co przy wybieraniu miejsca do obserwowania gwiazd. Im dalej od miasta, tym większa szansa na ciemne niebo, a to właśnie ono jest w tym momencie twoim największym sprzymierzeńcem.


  • Bądź cierpliwy!
To nie jest tak, że mija godzina 11 i niebo robi się zielone. To nie jest też tak, że nagle zorza zacznie tańczyć nad tobą jak szalona. To może trochę potrwać – może być najpierw szaro, nijako i nawet trochę nudno. Ale daj temu czas! Przy odrobinie szczęścia trafisz na piękny spektakl. Ale tak na wszelki wypadek…


  • Zabierz ze sobą przyjaciół!
Wyznaję zasadę, że im więcej tym weselej. Co więcej, powiem szczerze, że gdybym miała sama siedzieć na tym ciemnym zadupiu w polu, śniegu i mrozie i gapić się w niebo, po dwudziestu minutach zaczęłoby mi się nudzić. Dzięki doborowemu towarzystwu czas się wcale nie dłużył – graliśmy sobie w karty, gadaliśmy o głupotach, a w międzyczasie na zmianę wychodziliśmy z samochodu na zewnątrz skontrolować niebo.

A już w ogóle idealnie jest, jeśli twój przyjaciel potrafi robić zdjęcia!



Wcielając w życie wszystkie powyższe wskazówki naprawdę zwiększysz swoje szanse na zobaczenie zorzy. Jakkolwiek to zabrzmi, tu jednocześnie nie ma zbyt wielkiej filozofii, ale zarazem nie jest to tak znowu dziecinnie proste. Nie ma gotowego, w stu procentach sprawdzonego przepisu, który zawsze daje oczekiwane rezultaty. Wojciech Mann w Trójkowej prognozie pogody, którą swego czasu zapowiadał w każdy piątek o 7 rano, zwykł mówić: Pogoda jest jaka jest. Albo będzie padać, albo nie będzie padać. Z zorzą jest dokładnie tak samo – albo się pojawi, albo nie. Ewentualnie pojawi się, ale będzie wyglądać jak chmura, jednak jak wspomniałam wyżej, jest sposób, żeby ją w takim przypadku zdiagnozować.


Jak to tak właściwie wygląda?

Zanim zobaczyłam zorzę, zastanawiałam się wiele razy jak to się odbywa. Czy pojawia się nagle i niespodziewanie, czy stopniowo i powoli, czy rusza się szybko, czy raczej na tyle wolno, że zmiany jej przemieszczenia są niemal niezauważalne gołym okiem. No i w końcu: czy to naprawdę taki big deal? Czy ta cała, rzekomo towarzysząca temu zjawisku magia, jest naprawdę wyczuwalna? Może wszyscy robimy z igły widły i tak naprawdę to nie ma szału?

Nauczyłam się jakiś czas temu robić na bieżąco notatki, kiedy spotyka mnie coś ciekawego, interesującego, dziwnego, przerażającego czy po prostu miłego i pięknego. Znalazłam taką jedną napisaną w nocy z 27 na 28 listopada zeszłego roku; pierwszej nocy po przylocie na Islandię. Myślę, że ona najlepiej odda to, co miałam w głowie, kiedy światła pojawiły się na niebie.

- Ej dobra, to jak idziemy w kimę, to ja jeszcze idę siku. – Była 23.30 i wcale nie chciało mi się wychodzić z zimnego samochodu na -15 stopni na zewnątrz. Staliśmy pośrodku ciemnego pola, w śniegu. Niebo było czyste jak łza, widać było dosłownie każdą gwiazdę.

- Jakbyś spotkała po drodze jakąś zorzę to daj znać! – usłyszałam w odpowiedzi.
Założyłam kurtkę na trzy bluzy, które miałam już na sobie i wyszłam. A tam…

- EJ CHODŹCIE TU!!!

Dopiero się pojawiła; była jeszcze względnie blada i nieśmiała. „Co jak co, ale z widokiem na zorzę to jeszcze nigdy nie sikałam” – pomyślałam sobie, trzęsąc się z zimna. I żadne z nas nie wiedziało wtedy, że najlepsze jeszcze przed nami.

W życiu nie widziałam czegoś tak pięknego. Przez kolejną godzinę światła tańczyły po całym niebie – od samego horyzontu po jego czubek. Z zimna nie czuliśmy już stóp ani dłoni, Jesse leżąc na dachu samochodu robił zdjęcia, a my stałyśmy bez słowa gapiąc się w górę. Czułam tylko co chwilę łzy na policzkach – sama już nie wiem czy to z zimna, czy ze szczęścia.

Zorza z 2015 była bardzo stabilna. Bardziej w formie smugi, przemieszczała się znikomo i niemal niezauważalnie. Zniknęła po jakichś dziesięciu minutach.

Ta sprzed półtora miesiąca była… ŁAŁ. Naprawdę nie spodziewałam się, że zobaczę kiedykolwiek coś takiego. Kiedy wyszłam z samochodu, nad horyzontem rozciągnięta była dłuuuuuuuuga, bladozielona smuga. Z każdą sekundą nabierała mocniejszego koloru, później zaczęła się delikatnie przemieszczać i jakby rozdzielać; nie umiem tego nawet do końca wytłumaczyć. Jednak po godzinie takich podchodów uderzyła z całą siłą! Pojawiło się mocniejsze epicentrum (jeśli mogę to tak określić), a od niego mnóstwo odnóg, które tańczyły tak szybko i intensywnie, że w zasadzie mieliśmy pełną dowolność jeśli chodzi o kierunek patrzenia – zenit, prawo, lewo, na wprost… Wszędzie było tak samo pięknie. Ku mojej uciesze, miejscami połyskiwała na bladoróżowo.

Jakkolwiek dziwacznie to zabrzmi, zorza skojarzyła mi się odrobinę z wizualizacją wiatru. Szczególnie ta tańcząca – falowała na niebie jak bardzo lekki materiał na dosyć mocnym wietrze.
Ten spektakl oglądaliśmy przez niemal dwie godziny.


Zastanawiając się nad tym w możliwe logiczny sposób, nie jestem w stanie powiedzieć co takiego jest w zorzy, że gdy zobaczy się ją raz, czuje się niedosyt. Za każdym razem, gdy zatrzymywaliśmy się na noc i patrzyliśmy w niebo, prowadziłam sama ze sobą w myślach dyskusje na temat tego, czy na ludziach mieszkających blisko koła podbiegunowego, gdzie zorza występuje często i gęsto, nadal robi ona wrażenie. Ciężko mi uwierzyć, że mogłaby nie robić, ale może właśnie tak jest? Nie mam pojęcia. Na mnie robi ogromne. Uważam, że miałam okazję zobaczyć w życiu naprawdę mnóstwo pięknych miejsc, miast, gór, szlaków, plaż, spadających gwiazd, wschodów i zachodów słońca, jezior, lasów, panoram. Tysiące razy w takich miejscach i sytuacjach myślałam sobie: kurczę, Magda, jakie ty masz szczęście, że jesteś tu i teraz, że widzisz, że doświadczasz dokładnie tego! I robiąc krótki rachunek sumienia z ostatnich kilku lat, myślę, że mogę wyodrębnić trzy szczególne noce, kiedy czułam wszechogarniające szczęście i absolutną jedność z naturą.

Pierwsza to 2015, sierpień, autostopowa podróż po Włoszech. Namiot rozbity nad Lago Maggiore, dookoła Alpy. To był czas największej tego roku aktywności Perseidów, a my – ja i Aga – miałyśmy szczęście trafić na absolutnie bezchmurne, za to gęsto usiane gwiazdami niebo. Było całkowicie ciemno i po pierwszej porządniejszej od paru dni kolacji usiadłyśmy na najbardziej wysuniętych w stronę wody skałach z butelką najtańszego wina z Tesco. Spędziłyśmy tak wiele godzin, rozmawiając i próbując liczyć spadające gwiazdy, jednak po dziesiątej nam się to znudziło (liczenie, bo na pewno nie patrzenie na nie!). Było przepięknie; nawet mimo gryzących jak szalone komarów.

Druga to 2016, sierpień, Workaway w Grecji. Wybraliśmy się w piątkę – trzy Polki i dwójka Kolumbijczyków – na weekend w okolice Kalamaty. Znaleźliśmy całkiem fajną, jednak nieco tłoczną plażę, więc postanowiliśmy poszukać jakiegoś pustego zakątka nieopodal. Paręset metrów dalej naszym oczom ukazał się niewysoki klif – delikatnie zalesiony, dosłownie kilka metrów od brzegu. Wdrapaliśmy się na niego, rozbiliśmy namiot, przygotowaliśmy miejsce na ognisko, ja rozwiesiłam mój hamak między dwoma drzewami rosnącymi nad samiuteńką skarpą; można było dosłownie odpychać się od brzegu nogami. Spędziliśmy tam przemiły, leniwy dzień, grając w karty i słuchając muzyki. Kiedy zaszło słońce i plaża się wyludniła, rozpaliliśmy ognisko, zrobiliśmy kolację, po czym zostawiliśmy cały dobytek na klifie i z kocem pod pachą ruszyliśmy na zwiady jeszcze kawałek dalej. Za dużymi skałami znaleźliśmy świetne miejsce, gdzie postanowiliśmy zrobić nasz punkt obserwacyjny. O ironio, na tę noc (ponownie) przypadała największa tego roku aktywność Perseidów. Położyliśmy się wszyscy obok siebie na kocu i w absolutnej ciszy patrzyliśmy w gwiazdy. A gdy nam się znudziło, wróciliśmy do naszego dzikiego obozu; dziewczyny postanowiły spać na dole, na plaży, Ivan z Nathalią poszli do namiotu, a ja zgarnęłam mój śpiwór i ulokowałam się na hamaku. Wiatr mnie delikatnie utulił do snu (modliłam się tylko, żeby w nocy nie rąbnąć z tego hamaka w dół, bo skały pode mną były dosyć ostre); nawet się nie zorientowałam kiedy zasnęłam. Poranek był tak samo piękny – obudziliśmy się o świcie i mieliśmy całą plażę tylko dla siebie.

Trzecia to 2017, ta między 27 a 28 listopada. Islandia, zadupie w pobliżu Borgarnes i niebo w kolorach, o których nie miałam pojęcia, że istnieją.

Jest takie lapońskie przysłowie, które mówi, że kto choć raz w życiu zobaczy zorzę, ten do końca swoich dni będzie szczęśliwy. Nie pamiętam co prawda za bardzo czasów, kiedy szczęśliwa nie byłam (mówię oczywiście w tym przypadku o tym permanentnym poczuciu szczęścia, bo weltzschmerz to normalna rzecz, która uderza po każdym powrocie z wyjazdu czy jak ktoś zje z rana mój jogurt, który sobie zostawiłam na śniadanie), ale miło jest mi ze świadomością, że teraz już nigdy nie może być źle!


Uważajcie jednak na siebie: apetyt rośnie w miarę jedzenia! Mój kolejny cel to czerwona zorza – podobno pojawia się średnio raz na dziesięć lat. Kto wie… :)


Wszystkie zdjęcia są autorstwa Jessego.

piątek, 22 grudnia 2017

[105] To nie jest kolejne podsumowanie mijającego roku

Nie robię noworocznych postanowień, bo mi się nie chce. Nie uważam, że pod koniec roku trzeba koniecznie sobie zrobić podsumowanie tego, co wydarzyło się w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy, bo wychodzę z założenia, że dowolny okres życia mogę sobie zamknąć kiedy mi się podoba, nie musi to być grudzień.

A jednak ten rok przyniósł tyle zmian, że potrzebuję je sobie uporządkować. Tak sama dla siebie.

W styczniu pożegnałam się z uczelnią; i to tak dosadnie, że kaca leczyłam przez kolejne trzy dni. Decyzję o wyjeździe podjęłam jeszcze wcześniej – w dniu obrony bilet w jedną stronę był już kupiony. Była to jedna z lepszych decyzji jakie podjęłam wżyciu, a jednocześnie chyba najbardziej nierozsądna, jaką podjąć mogłam. Bez pracy, rozeznania, bez niczego. Więcej osób odradzało mi tę całą szopkę niż uważało, że to dobry pomysł (w tym przypadku cieszę się, że jestem z tych, które nie posłuchają dobrej rady, tylko zrobią dokładnie odwrotnie niż jest to polecane) – bo potem na pewno nie wrócę na tę magisterkę i w ogóle będę żreć gruz w tej Portugalii. Cóż mogę powiedzieć – trochę racji mieli!

Portugalia nauczyła mnie, że choćbym nie wiem jaką optymistką była, nie mogę brać zawsze absolutnie wszystkiego za pewniaka. Szukanie pracy przez miesiąc (i serio prawie jedzenie tego gruzu) trochę mnie pod tym względem utemperowało.

Przekonałam się, że na południu czuję się lepiej niż gdziekolwiek indziej. Bez pamięci zakochałam się w Lizbonie i przyrzekam – wiem, że znalazłam swoje miejsce na ziemi właśnie tam. Jestem przekonana, że kiedyś wrócę na dłużej; ale takie prawdziwe dłużej, liczone w latach, nie miesiącach.


W pełni zrozumiałam to całe gadanie o tym, jak ważnym jest lubić swoją pracę. Czas w Portugalii wspominam przepięknie, ale praca… Do dziś miewam o niej koszmary. To okropne: wstawać codziennie i musieć iść do miejsca, którego się nie lubi, robić rzeczy, których się nie lubi, obcować z ludźmi, których się nawet czasem lubi, ale też z innymi, którzy bywają okrutnie denerwujący. Mam nadzieję, że życiowe okoliczności nigdy więcej nie zmuszą mnie do pracy w gastronomii.

Okazało się, że umiem radzić sobie z tęsknotą lepiej niż myślałam. Dopóki mam wokół ludzi, jest naprawdę dobrze! No i przekonałam się, że święta poza domem wcale nie muszą być takie straszne jakby się mogło wydawać. Ba! – super jest czasem celebrować je zupełnie nietradycyjnie.

Po raz kolejny potwierdziło się, że nie lubię półśrodków – nie dla mnie małe miasteczka. Albo duże miasto, w którym da się dużo robić, albo całkowity brak cywilizacji i piękna przyroda dookoła. Dlatego cieszę się, że udało mi się odwiedzić Azory! Czegoś takiego jak miasteczka prawie tam nie ma, za to wokół mnóstwo zieleni, gór, jezior, oceanu, pól geotermalnych, lasów i kwiatów. Raj na ziemi!


Lipiec to tydzień autostopowej podróży do domu i niespodziewane zwiedzanie po drodze. Dzięki Adrianowi – kenijskiemu kierowcy, którego złapałyśmy na południu Portugalii – dojechałyśmy złotym strzałem z Algarve aż pod Marsylię. Cztery dni, ponad 2200 wspólnych kilometrów, a po drodze zwiedzanie Sewilli, Madrytu, Barcelony i Andory, która okazała się odkryciem roku! Fantastyczne widoki, kręte drogi, supermarkety z próbkami dosłownie każdego znalezionego na półce produktu spożywczego (cebula alert: oczywiście jak to zobaczyliśmy, to wszyscy troje skorzystaliśmy i jedliśmy te sery, szynki i czekolady; a my dwie załapałyśmy się jeszcze na degustację wódki, bo jakżeby inaczej!). No i nigdy wcześniej nie spałam w namiocie w przydrożnym rowie w Pirenejach!

Po raz kolejny przekonałam się, że warto żyć z myślą, że ludzie są dobrzy; wtedy właśnie takich spotyka się na swojej drodze. Najpierw Adrian, potem najlepsi na świecie polscy kierowcy ciężarówek, którzy najpierw przygarnęli nas na parkingu pod Lyonem, poczęstowali piwem, podzielili się obiadem, którego i dla siebie za wiele nie mieli, a potem zorganizowali najbardziej optymalną podwózkę do domu. Trasa Lyon – Wojnicz zleciała nam na byciu przerzucanymi z tira do tira, 28 godzin nieprzerwanej jazdy.

Znów się okazało, że człowiek w podróży potrafi więcej niż kiedy pozostaje w swojej własnej strefie komfortu.


Sierpień to Polska – trochę dom, trochę Kraków, trochę Wrocław, trochę Kostrzyn nad Odrą. Przyjaciele, spotkania, prezenty, dłuuuuuugie rozmowy.


Z początkiem września kolejna przeprowadzka – tym razem do Irlandii. Tym razem wszystko ogarnięte było wcześniej, jednak jak się okazało, nie było to wcale najlepsze z możliwych wyjść. Morał z tych wszystkich wydarzeń mam tylko jeden: jedyna osoba, na którą mogę liczyć zawsze i wszędzie to ja sama.

W Irlandii nie czuję się dobrze. Jest ciemno, zimno, nudno, wieczne small talki, ziemniaki z groszkiem i piwo za 4 euro. Nie jest jednak totalnie źle: mam spoko pracę, sama wymyślam sobie dużo zajęć, żeby zająć czymś czas. I całkiem nieźle mi to wychodzi! Jakkolwiek nie chce mi się już uśmiechać i kiwać głową na pytania, czy mi się tu podoba. Nie podoba. Ponownie jestem pewna jednego – o ile okoliczności życiowe mnie do tego nie zmuszą, na pewno nie wrócę ani tu, ani do UK na dłużej.

Przekonałam się na własnej skórze jak ważnym jest czuć się dobrze w miejscu, w którym mieszkasz. Naprawdę wydawało mi się, że to kwestia odrobinę drugorzędna; jednak kiedy codziennie mijasz okolicę, która ci się nie podoba, a ludzie denerwują cię swoim stylem bycia, nie poczujesz się tam dobrze choćby nie wiem co. Tak przynajmniej myślę. A wcale nie chodzi mi w życiu o to, żeby czuć się źle.


Dlatego też niedługo po przyjeździe do Irlandii kupiłam bilety na Islandię i do Lizbony. Dwa dni po powrocie z Lizbony przyjechał do nas na święta przyjaciel, a w dniu jego wyjazdu przyjeżdżają kolejni znajomi i zostają jeszcze na parę dni po Nowym Roku.

Mówię o Irlandii trochę w czasie przeszłym dlatego, że w dniu powrotu z Lizbony pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po wejściu do domu było kupienie biletu powrotnego do Polski. Dzień zero w połowie lutego i naprawdę, naprawdę nie mogę się już doczekać.


Myślę, że dużo się przez miniony rok nauczyłam. Portugalia, oprócz rzeczy wypisanych wyżej, nauczyła mnie, że czas to bardzo względne pojęcie. Zawsze wolałam umawiać się ze znajomymi na konkretną godzinę w konkretnym miejscu; południowy styl życia szybko mnie tego oduczył. Wieczne do zobaczenia wieczorem, zgadamy się, a potem usiłowanie ustalenia godziny; oczywiście z co najmniej dwugodzinnym marginesem na spóźnienie. Do teraz trochę mi to zostało.

Nauczyłam się podchodzić do sytuacji z większym dystansem. Tak już mam, że tu śmieszkuję, a tak naprawdę (zbyt) wiele rzeczy mocno do mnie trafia i potem się martwię, czy komuś nie jest przeze mnie przykro, albo czy mogłam rozwiązać jakąś sprawę lepiej niż to zrobiłam. Portugalia nauczyła mnie mniej się przejmować.

Irlandia z kolei nauczyła mnie, że jak gdzieś wychodzę, to lepiej zabrać ze sobą czapkę niż jej nie zabrać.

W tym roku siedziałam w samolocie jakieś dziesięć razy. Przeprowadzałam się razy siedem. Nie zmieniłam swojego sceptycznego (żeby nie powiedzieć, że raczej agresywnego) nastawienia do pakowania się, za to z przeprowadzki na przeprowadzkę mam coraz mniej rzeczy. A nawet tej garstki, którą mam ze sobą, nie używam w całości.

Mam za to wrażenie, że moje nastawienie do latania trochę się zmieniło. Tak jakbym na starość robiła się bardziej niespokojna z każdym kolejnym lotem. Na szczęście wciąż nie na tyle, żeby miało mnie to powstrzymać przed kupowaniem kolejnych biletów.

Poza tym, po 23 latach życia, przeprosiłam się z brukselką! Szok i niedowierzanie; co prawda miłość to to nie jest, ale zaczęłyśmy się tolerować.

To nasza tegoroczna brukselkowa choinka; czy tylko ja
nie wiedziałam, że brukselki tak śmiesznie rosną?!

Nigdy nie byłam fanką małży; jakiś miesiąc temu uznałam, że w zasadzie są całkiem spoko (w smaku, mam na myśli).

Wciąż nie umiem podejmować decyzji, za dużo nad nimi myślę i najczęściej wolę powierzyć ostateczne zdanie monecie.

Po powrocie z Woodstocku przestałam jeść mięso. Portugalia i (zwykle) wieprzowina dwa razy dziennie codziennie przez pół roku skutecznie mi je obrzydziła – zwyczajnie mi się znudziło. Dokopałam sobie Woodstockiem i żarciem surowych parówek.

Zrobiłam w końcu od dawna planowany tatuaż (dopiero wtedy uwierzyłam w słowa znajomych, jak bardzo jest to uzależniające; siedząc na fotelu i patrząc jak igła rysuje mi ślady na ręce już myślałam o kolejnym. Wydawało mi się, że wytrzymam przynajmniej rok zanim zrealizuję następny pomysł, ale coś czuję, że przy okazji pobytu w Polsce w lutym pokłuję się znowu!) i rozczesałam czteroletnie dredy, czego z kolei zupełnie nie planowałam. Ot, tak mnie jakoś naszło pewnego ranka, więc stwierdziłam – dobra, okej, no to robimy.


To był bardzo dziwny rok. Mnóstwo się działo, nie zawsze było kolorowo; właściwie na pierwszy rzut oka powiedziałabym, że był dosyć ciężki. Ale mimo wszystko świetnie się bawiłam!

Nie musiałam co prawda jeść gruzu, jak wróżyli znajomi, za to nie wrócę. Na pewno nie teraz i na pewno nie na tę magisterkę. W międzyczasie nieco zrewidowałam swoje plany, choć tak po prawdzie to ciężko tu o planach mówić. Od kiedy wyjechałam na początku tego roku, bardzo mnie to męczyło. Byłam zła sama na siebie, że w sumie nie wiem co chcę robić w życiu, że mam za mało punktów zaczepienia. Kryzys przyszedł po przyjeździe do Irlandii, jednak im bliżej było do wyjazdu na Islandię, tym spokojniejsza się robiłam. I na ten moment mogę chyba powiedzieć, że oswoiłam się z tym, że nie wiem. Po dwóch miesiącach naprawdę podłego nastroju wróciłam do tego co zawsze: do bycia optymistką (czasem do przesady), mówienia głośno o tym, czego chcę, a czego nie chcę, ograniczając jednocześnie wszelkie zmartwienia. Będzie przecież dobrze! Nigdy w życiu nie byłam tak bardzo podekscytowana myślą, że nie wiem do końca czego chcę czy oczekuję, jak jestem teraz. Mogę próbować. Mogę eksperymentować. Mogę wyjechać w dowolne miejsce, pomieszkać tam trochę i zobaczyć czy czuję się dobrze. A jeśli uznam, że nie, mogę je zmienić. Mogę iść na kurs stolarstwa, spróbować żeglugi śródlądowej albo zacząć hodować nutrie. Mogę realizować te miliony pomysłów, które codziennie – zupełnie nie wiem skąd! – pojawiają się w mojej głowie. Mogę testować i sprawdzać, smakować i przekonywać się na własnej skórze, czy coś jest dla mnie dobre czy złe. Tak strasznie mnie to kręci!!!

Nie mam planów na nadchodzący rok (no, może oprócz tej dziary, i pewnie jeszcze co najmniej jednej kolejnej). Nie chcę zostać prezydentem ani dokonać żadnego fantastycznego odkrycia. Chciałabym tylko znaleźć miejsce, w którym będzie mi na tyle dobrze, że zdecyduję się zostać na dłużej. Uwielbiam zmiany i uważam, że one nakręcają życiową radość, ale z całą tą miłością do nich muszę przyznać, że czasem są strasznie męczące. Nie mam siły znów pakować całego dobytku (nawet mimo tego, że nie jest jakiś duży) i przeprowadzać się z nim co i rusz. Nie chce mi się. Chcę sobie gdzieś cichutko przysiąść, zająć się swoimi rzeczami, realizować swoje pomysły.


I może pisać trochę więcej niż w tym roku.